Wloczykij-Vagabond

Miejsca znane i nieznane

„Pójdę boso”. Bagan (Mjanma)

Mój tato nie znosi tej piosenki. „Pójdę boso”. A ja chodziłem bez butów po świątyniach Baganu i melodia kołatała mi się po głowie jak oszalała. „Pójdę boso”. Chodziłem boso po gorących cegłach, w ciszy, otoczony przyrodą, pod okiem licznych tutaj posągów Buddy. I tam zostawiłem kawałek serca.

Echa dawnej świetności

Jest rok buddyjski 1588 (XI wiek po Chrystusie). Nazywa się Anawratha i zostaje królem. Ma piękny strój: ze złotych łusek, z lekką jedwabną peleryną. Ma też piękne nakrycie głowy z drogimi kamieniami. Widać, że jest osobą energiczną. Bije od niego blask, żywioł, który wydaje się nie do poskromienia. Patrzy ze skupieniem po swoich podwładnych. Jego wzrok nie odpuszcza żadnego szczegółu. Potrafi być bezwzględny i nieustępliwy. Wie, że tylko twarda ręka może dać mu to, czego pragnie. A widzi swój kraj wielkim, ale wie, że jest dużo do zrobienia. Ziemia jest spalona słońcem, wrogowie czają się dookoła, a lud jest niezadowolony. Trzeba go wykarmić, a wrogów zdusić, ale nie zniszczyć. Staną się jego poddanymi, a on ocali to co najważniejsze – jego religię.

Wejście na tron też nie było proste. Anawratha jeszcze jako Min Saw wznieca bunt przeciwko swojemu bratu. Wyzwał go na pojedynek konny i… odniósł pierwsze zwycięstwo. Teraz już tylko krok do realizacji wielkiego planu.

Najpierw administracja i armia. Żołnierzy musi być wielu, muszą być wytrenowani i silni. Muszą stawić czoła khmerom, którzy czają się za progiem. Dokoła też trzeba zrobić porządek z kilkorgiem zbuntowanych braci i podporządkować ich jednej idei – wspólnego królestwa, którego siły wszyscy będą zazdrościć. To dla ich dobra.

Przyroda też musi się mu poddać: musi rodzić plony, aby wykarmić ten piękny lud, który powstaje i idzie do swojej świetności.

Anawratha kocha sztukę. Jeśli artyści chcą ocalić swoje życie, muszą oddać swój talent jemu, królowi. Muszą tworzyć na chwałę Buddy! To jemu trzeba dziękować za to, że ten lud wyniósł na wyżyny. Ale Budda też musi być wdzięczny, bo to on – Anawratha – oddał świat Buddzie. Dlatego bóg też musi coś mu oddać.

Czy brzydzi się pychy? Oczywiście, że tak. Ale przecież jest wspaniały, jest wielki i robi to w imię narodu i boga. Nic groźnego mu przecież nie może grozić. Lud go może nie kocha, ale traktuje go z szacunkiem.

Anawratha nie czuje strachu. Może jedynie te duchy, naty, wywołują w nim jakieś drgania. Ale przecież jest dobry. Oddaje im należyty hołd, składa ofiary. Nie zrobią mu nic złego. Nawet ten bawół, który pędzi teraz na niego, nie może zrobić mu nic złego. Czy tylko mu się zdaje, że dokoła niego zaczynają tańczyć jakieś czarne cienie? Nie… To tylko złudzenie od palącego słońca. Już tylko włos Buddy, ten który otrzymał nie tak dawno od jednego z podbitych królów, i który skrył jako największą relikwię w najpiękniejszej świątyni, już tylko ten włos dzieli go od bawolego rogu. I tutaj świat rozpływa się w czerni, a on przez chwilę, gnany podmuchem wiatru, widzi swoje oblicze w lustrze wody tego wielkiego jeziora, które nie tak dawno kazał uregulować. I widzi swój wielki naród. Potężny. I jest dumny, chociaż życie ulatuje z niego i rozpływa się w deszczu, który teraz pada na tą ziemię. A w kroplach zaklęte są jego maleńkie cząsteczki. Już na zawsze zostanie tutaj.

***

Tak mogłaby wyglądać historia wielkiego króla, którego okres panowania uznaje się za początek dzisiejszej Birmy (Mjmany). W jego życiorysie trudno odróżnić fakty od legend. Historie przekazywane trochę w mowie, trochę w piśmie, którego odkrycie przez długi czas przypisywano zresztą błędnie Anawrathcie, uległy zniekształceniu i stały się niemal bajką. Takie też są jego współczesne wizerunki, które garściami czerpią z opowieści i przedstawiają go czasem zupełnie kreskówkowo. Ale, abstrahując od całej otoczki, to dzięki niemu i jego działalności zawdzięczamy to miejsce. Bagan, po którym trzeba chodzić boso.

Współcześnie

Obszar, jaki zajmuje strefa archeologiczna jest ogromny. To 100 km kw. Czyli tak jakbyśmy wzięli kwadrat o boku 10 km na 10 km. A 10 km to tak jak… hmmm… powiedzmy ciut mniej niż odległość z Gdańska do Sopotu, albo z Dworca Wschodniego na Zachodni w Warszawie. Nieźle, prawda?

Wielkie królestwo, jakie założył Anawratha przetrwało dwa i pół stulecia. W końcu ugięło się pod pręgierzem ekonomii, nękane najazdami Mogołów. Podniosło się dopiero po ustanowieniu nowej stolicy w Inwie (1364, według kalendarza gregoriańskiego) i jako takie przetrwało kolejne 400 lat.

Bagan spotykały potem rozmaite kataklizmy, ale najgorzej obszedł się z nim XX w., wielkie wojny i dyktatury, jakie przewaliły się przez ten region świata. W jednej ze świątyń, jej opiekuj pokazał mi czarne osmolone ściany, spod których ledwie dostrzec można było ślady dawnych malowideł. I opowiedział historię, skąd to się wzięło. Podczas wojny domowej ludzie chowali się w pagodach nieraz wielkimi rodzinami. Ponieważ chroniły one dobrze nie tylko przed kulami, ale też przed oczami. Nieraz miały wysokie sklepienia, a co za tym idzie można było w miarę łatwo rozpalać w nich paleniska, bo dym roznosił się po wielkiej kubaturze i uciekał cienkimi ledwie zauważalnymi strużkami przez szczeliny i okna. Pozostałością osmolone ściany wielu wnętrz.

W latach ’90 ubiegłego stulecia teren zaczęto poddawać hurra-rewitalizacji, odbudowując, a w zasadzie przebudowując większość świątyń i niszcząc przy tym wiele bezcennych zabytków. Tak czy siak, w wielu przypadkach nie zorientujecie się nawet, że to odbudowane… Ale znajdziecie też sporo ruin. No i miejsce to ma swój absolutnie niepowtarzalny klimat.

Elektrycznym rowerem

Tak, to było wyzwanie. Na rowerze jeździłem ostatnio jakieś 3 lata temu. A na elektryczny rowerze – nigdy. Poza tym wyobrażałem sobie, że wypożyczę coś na kształt miejskiego roweru elektrycznego i jeszcze się nawet upewniałem, czy to aby e-bike, a nie e-skuter. Mimo to, wiedziałem, co zobaczę rano przed hotelem. No i najważniejsze – choć wstyd się przyznać – nie mam prawa jazdy i mam wielką fobię jeżdżenia pojazdami.

Ale jak to się mówi, słowo się rzekło, a e-bike czekał u hotelowego płota. Poprosiłem o mały instruktarz. Okazało się, że to chyba nie będzie trudne, chociaż wyczuć ten pojazd… to zajęło najwięcej czasu. Raz zapomniałem wyciągnąć kluczyka ze stacyjki nim zsiadłem, zahaczyłem o manetkę i rower wyrwał się raniąc mi nieco łydkę… Ale uspokajam: zasadniczo ruchu tutaj też nie ma dużego, więc zarówno jak jak i inni użytkownicy, mogli się czuć bezpiecznie.

Ruszyłem. Powoli i niespiesznie. Założyłem, że maksymalnie 20 km/h (potem poczułem się pewniej i przez przypadek okazało się, że ten wehikuł rozpędzi się nawet do sześćdziesiątki). Zatrzymałem się przy pierwszej świątyni. Wydała się najpiękniejsza jaką dotychczas widziałem. Cała z czerwonej cegły, w otoczeniu bujnej zielni traw. Wszedłem do środka – oczywiście boso. Spotkałem tam młodego chłopaka, który natychmiast przystąpił do rozmowy i opowiadał mi o miejscu, w którym byłem. I zasypywał mnie pytaniami o mnie i opowieściami o sobie: że jest studentem w Mandalaju, że lubi sztukę i historię. I czy zechcę zobaczyć jego obrazy. Zgodziłem się. Pokazał kolorowe malowidła na materiale. Były naprawdę ładne. Nawet miałem ochotę kupić jedno, ale bałem się, że zniszczą się w plecaku. On zapewniał, że nie, że to się nie gniecie. I pokazywał, prezentował. A ja czułem się jego natręctwo zaczyna mnie coraz bardziej męczyć. Postanowiłem jak najszybciej się pozbyć natręta i grzecznie, acz stanowczo powiedziałem, że wrócę potem. Dobrze zrobiłem, że nie kupiłem tych „dzieł sztuki”. Okazało się potem, że w prawie każdej świątyni spotkać można studenta z Mandalaju czy innego Rangunu, który interesuje się sztuką…

Potem szło już gładko. Jeździłem po tym wielkim obszarze tzw. Starego Baganu. Nie musiałem trzymać się wyasfaltowanej drogi, a mogłem też kręcić się po szutrowych dróżkach czy wąskich ścieżkach. W zasadzie nie ma się tutaj jak zgubić, zawsze prędzej czy później dociera się do głównego traktu.

Warto z kolei kręcić się po świątyniach. Niektóre są ruinami, inne odrestaurowano niedawno. Niektóre – to wciąż ważne miejsca kultu, wokół kilku zorganizowano niewielkie targi handlu rękodziełem, gdzie sprzedawcy zawzięcie się targują z klientami. W tych najbardziej poza szlakiem czasem można spotkać opiekuna, tak jak w Gu Byauk Nge, gdzie zaprowadzono mnie na szczyt pagody, a potem tradycyjnie zaprezentowano swoją „sztukę”, czyli dokładnie to, co mają w swoim asortymencie inni handlarze. Ale tutaj akurat zostawiłem trochę napiwku – mało komu chciało się bowiem oprowadzać mnie, czy zaproponować zwiedzanie zamkniętych na co dzień miejsc, żeby podziwiać piękny widok. Nieprędko jednak drobne pieniądze zostały przyjęte. Kilkakrotnie usłyszałem, że opiekun nie robi tego dla pieniędzy. Kiedy wszedłem do świątyni, która ukryta była w gęstych zaroślach, usłyszałem za sobą szelest. Kiedy odwróciłem się – sparaliżował mnie strach. Po stupie pełzał długi zielony wąż, który znalazł ostatecznie kryjówkę między cegłami, pozwalając mi, blademu z przerażenia, opuścić swoje królestwo (po pewnej przygodzie za dzieciaka w górach, panicznie boję się węży).

Tak, panował tutaj spokój. A ja czułem się nagle wyjątkowo wolny. E-bike pozwolił mi na zrobienie czegoś, czego nigdy nie robiłem. Przełamałem w sobie lęk i okazało się, że jest to przyjemne: gnać (nie za szybko), po bezdrożach, w pełnym słońcu i podziwiać otoczenie. Zatrzymywałem się raz na jakiś czas we wsiach, żeby kupić sobie coś do picia. Szukałem chłodu w bardzo ciekawym i nowoczesnym, jak na lokalne warunki, muzeum Baganu. Podziwiałem ludzi: turystów, rozmodlonych pielgrzymów czy lokalną dziatwę.

Na przejażdżkach spędziłem dwa dni. Wracałem brudny, spocony i zakurzony, ale szczęśliwie zmęczony. Na koniec odkryłem jeszcze niewielką plażę nad rzeką Irawadi, z której można było obserwować zachód słońca. I to wszystko w towarzystwie brodzących po szuwarach rybaków, z widokiem na przeprawę promową.

I tak kiedy chodziłem boso po tej niezliczonej liczbie świątyń, myślałem o królu Anawrathcie. Bo to on wyniósł birmański lud do potęgi, a ja – stulecia później – podziwiałem to, co zostało po dawnej świetności i w co wplotła się zupełnie nowa opowieść. I czułem się częścią tego co mnie otacza, odnajdywałem w sobie spokój i radość z czystego obcowania ze światem. Może gdzieś krążyłem wokół legendarnej nirwany, do której dochodzi się boso, wyrzekłszy się wszystkich rzeczy?

***

Praktyczne rady o tym ile co kosztuje, gdzie spać, gdzie jeść i co zobaczyć w Baganie, znajdziecie niebawem w osobnym wpisie.

Please follow and like us:

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2020 Wloczykij-Vagabond

Theme by Anders Norén