Wloczykij-Vagabond

Miejsca znane i nieznane

Szlak Wulkanów na La Palmie

Szlak Wulkanów na La Palmie w archipelagu Wysp Kanaryjskich jest jedną z bardziej popularnych i spektakularnych ścieżek trekkingowych. Przebiega w parku narodowym Cumbre Vieja. Zachwyca widokami, ale ma także wiele aspektów poznawczych. Jest dość długi (liczy w sumie blisko 18 km). Lepiej także pokonywać go od średniego punktu, bo do pokonania jest różnica 750 m, a jedna część przebiega po bardzo trudnym terenie: podłoże jest bardzo grząskie, utworzone z miału i żwiru skalnego o ziarnach grubego piasku.

Wedle obliczeń naukowców, cała ta część wyspy w wyniku erozji, trzęsienia ziemi lub aktywności wulkanicznej może obsunąć się do Oceanu Atlantyckiego. Wywoła to olbrzymie tsunami, którego szczytowa fala osiągnie nawet 150 m wysokości i szybkość powyżej prędkości dźwięku. W jej wyniku z powierzchni Ziemi zmiecione zostaną Wyspy Kanaryjskie i inne okoliczne wyspy Makaronezji. Niszczycielski żywioł dotrze do wybrzeży obu Ameryk (zalewając m.in. Nowy Jork, Boston, Waszyngton), Afryki, Europy (niszcząc Lizbonę i miasta na północnym wybrzeżu Hiszpanii, Francji, Wielkiej Brytanii i Irlandii). Fale przedrą się także przez cieśniny duńskie i wywołują perturbacje na Bałtyku! Jedną z wizualizacji takiej katastrofy można obejrzeć tutaj.

Swoją wędrówkę zacząłem z punktu El Pinar – to miejsce odpoczynku ze sporym obszarem piknikowym. Obecnie – ze względu na pandemię – ławki i stoliki oraz niewielki punkt obsługi piechurów pozostają zamknięte. Można się tutaj dostać wyłącznie własnych samochodem (jest duży parking) lub taksówką. Przejazd z Los Canajos (wioski hotelowej) kosztował mnie niespełna 30 euro.

Wyjście na szlak w El Pinar

Punkt startowy zaczyna się od przejścia przez piękny las porosły piniami kanaryjskimi – endemicznym gatunkiem sosny, o bardzo długich i sztywnych igłach i oryginalnych, kształtnych szyszkach. Drzewa te zostały sztucznie naturalizowane także w Afryce i Australii.

Na tej wysokości często panuje mgła, wystarczy jednak 15 min. marszu, a wychodzi się na wysokość gdzie z chmurami zaczynają dziać się „dziwne” zjawiska. Najpierw wzmaga się wiatr, potem chwilami z nieba lecą wielkie krople deszczu, nagle obłoki zaczynają wokół ciebie wirować, by w końcu zupełnie nagle rozstąpić się i „wypuścić” w pełne słońce. To jeden z najbardziej magicznych momentów całej wycieczki.

Po wyjściu ponad chmury, widać, jak przelewają się one niczym z wodospadu przez rozciągnięte wzdłuż wyspy pasmo górskie.

Zasadniczy szlak wiedzie w pierwszym etapie zboczem góry Pico Birigoyo (1807 m npm). Mija się przynajmniej jedno wejście na jej szczyt, ale szlak pozostaje zamknięty, bo uznano go za niebezpieczny. Jednak można spróbować wejść na nią boczną, zupełnie przyjemną ścieżką, która odchodzi od głównej drogi mniej-więcej po 1,4 km od momentu startu. Trzeba się dość intensywnie rozglądać, odnoga prowadzi w lewo w las, następnie dość ostro w górę. Można ją jednak odnaleźć na mapach (polecam tutaj aplikację na smartfona – AllTrails). W pewnym momencie wychodzi się na szczyt kaldery wygasłego wulkanu i dalej podąża do najwyższego punktu. Doskonale widać stąd najwyższy szczyt Wysp Kanaryjskich – Teidę – na Teneryfie.

Widok z Pico Birigoyo z widocznym szczytem Teide na Teneryfie

Z Pico Birigoyo trzeba się cofnąć tą samą ścieżką ok. 200 m i na rozwidleniu pójść prosto tak, by wydeptana dróżka wiodła nas przez chwilę w dół, a następnie na szczyt kolejnej kaldery – Montana Bariquita (1809 m npm). Warto się tędy przejść, bo widoki są przepiękne. Dalej szlak prowadzi serpentyną ostro w dół. Dochodzi się do niewielkiej przełęczy, gdzie ścieżka rozwidla się w cztery strony, a znak informuje, że w górę szlak jest bardzo niebezpieczny. Można próbować przebijać się prosto do Montana de los Charcos (1851 m npm) lub odbić w prawo i po 150 metrach dotrzeć do głównego szlaku.

Po drodze można spotkać powszechnie występujące na Kanarach kruki.

Dalej idzie się spokojnie i raczej łagodnie. Kolejny wysoki, ale nie najwyższy szczyt w pasmie, to Pico Nambroque (1922 m npm). Odbija na niego szlak o oznaczeniu zielonym, którym w sumie (dojście na szczyt, obejście i powrót) idzie się ok. 1 km. Warto się tutaj udać. W najwyższym punkcie nad przepaść wystają skały. Jeśli starczy odwagi, można się na którąś wspiąć i obserwować rozległe panoramy.

Pico de Nambroque

Po ok. 6 km marszu od wyjścia w El Pinar dochodzi się do ogromnego czarnego zbocza i pola zastygłej lawy. To Volan el Duraznero (1830 m npm). Podstawowy szlak wiedzie na prawo, ale wyraźnie widać wydeptaną ścieżkę (którą także można dostrzec na mapach). Ja wspiąłem się kawałek na szczyt kaldery, żeby zajrzeć do krateru. Z pozoru wydaje się, że podejście będzie strome i niebezpieczne, jednak okazuje się, że idzie się lekko, podłoże jest twarde i chropowate, więc buty dobrze się trzymają. Widok stąd zapiera dech w piersiach: jest trochę złowrogi, ale zupełnie niepasujący do planety Ziemia, ma się wrażenie pobytu gdzieś indziej. Warto potem kontynuować podążanie właśnie szczytem kaldery. Prowadząca tędy ścieżka po kilkuset metrach łączy się z głównym szlakiem, dzięki czemu można oszczędzić sobie bardzo trudnego odcinka, którym trakt wspina się ostro w górę po bardzo trudnym i niestabilnym podłożu.

Vulcan el Duraznero

Po pokonaniu tego najgorszego w całym szlaku podejścia wychodzi się na najwyższy punkt szlaku: to Montana Deseada (1947 m npm). Nieco poniżej znajduje się punkt, w którym można odpocząć: w rzeczywistości to intrygujące pola gładkiej lawy, które przypominają wylany asfalt.

Od tego momentu szlak stale prowadzi w dół. Cały czas towarzyszą nam piękne widoki. Niestety to też najbardziej nieprzyjemny odcinek marszu, gdyż właściwie prawie do samego końca idzie się po podłożu z miału skalnego, co znacznie utrudnia chodzenie i wzmaga wysiłek.

Niektóre odcinki wiodą przez las, który dopiero podbudowuje się po niedawnych pożarach. Co ciekawe, część pinii kanaryjskich mimo osmolonych pni odżyło i puściło jasnozielone igły. Nie wszystkie jednak przetrwały – część największych drzew w wyniku wewnętrznego wypalenia przewróciło się pod własnym ciężarem.

Szlak kończy się mniej więcej na wysokości 700 m w osadzie Fuencaliente (Los Canarios). To dość duża wieś, w której znajduje się przystanek autobusowy, skąd można pojechać do Santa Cruz de la Palma. Jest także supermarket spożywczy.

Fuencaliente

Po zejściu ze szlaku warto podejść jeszcze ok. 1,5 km do jeszcze jednego bardzo atrakcyjnego miejsca. To Volcan de San Antonio. Nie jest wysoki – liczy zaledwie 633 m npm. Powstał w wyniku erupcji w 1677 r. Wstęp tutaj jest płatny: zwiedzanie obejmuje niewielkie centrum informacyjne oraz przejście krótką ścieżką edukacyjną szczytem kaldery. Można tutaj obserwować wnętrze krateru, jego zbocza, pola zastygłej lawy czy tzw. bomby wulkaniczne.

Volcan San Antonio

Uwagi praktyczne

  • przebieg szlaku: najlepiej zacząć w El Pinar, koniec w Fuencaliente (Los Canarios). Głównie schodzi się w dół, poza odcinkiem początkowym (1480 – 1918 m npm) i potem od ok. 6 km (1812 – 1922 m pmn) z ewentualnymi wejściami na Pico Nambroque i Deseada;
  • długość szlaku: 17,8 km, prócz tego dojście do Volcan de San Antonio 1,5 km w jedną stronę;
  • czas przejścia (z zajściem na Pico Nambroque, Deseadę, Volcan de San Antonio): ok. 6,5 godziny;
  • dojazd: do El Pinar samochód lub taksówka (z Los Cancajos – wioski hotelowej – ok. 30 min., taksówka – do 30 euro), z Fuencaliente autobus 200 lub 201 w kierunku Santa Cruz de la Palma (2,60 euro, ok. 50 min.);
  • bilety wstępu (dotyczy tylko Volcan de San Antonio): 5 euro (bilet normalny);
  • jak się przygotować: minimum 2 l wody, przekąski, kanapki; obowiązkowe nakrycie głowy i krem z wysokim filtrem; buty trekkingowe nie muszą być wysokie (zabezpieczenie kostek nie jest konieczne).
  • aplikacja z mapą: AllTrails (jest darmowa, można ją pobrać na smartfon).

Please follow and like us:

Next Post

Previous Post

3 Comments

  1. Anna 13 października 2020

    Piekne zdjęcia, wspaniałe miejsce. Dzięki!

  2. Erynia w trasie 17 października 2020

    Ech, spędziłam 2 tygodnie na la Palmie ale szlak wulkanów był zamknięty, bo miesiąc wcześniej jakiś kretym podpalił las, chcąc pozbyć się zużytego papieru toaletowego. Oglądałeś saliny we Fuencaliente?

Leave a Reply

© 2020 Wloczykij-Vagabond

Theme by Anders Norén