Wloczykij-Vagabond

Miejsca znane i nieznane

Poza światem. La Graciosa

Fascynują mnie miejsca takie jak to. Zawsze zastanawiam się, co sprawia, że ludzie wybierają takie miejsca do życia. Kiedy byłem na Corvo w archipelagu Azorów, wydawało mi się, że znalazłem się gdzieś zupełnie w innym czasie i innej galaktyce. Ale to wrażenie spotęgowało się tutaj, na La Graciosie – najmniejszej z zamieszkałych wysp w archipelagu Kanarów.

Wskazówki praktyczne dotyczące La Graciosy znajdziecie w osobnym wpisie.

Krótka-długa historia

Wyspa La Graciosa powstała w podobnym czasie, co Lanzaronte. Obie oddziela ok. 2-kilometrowy kanał oceaniczny, przez miejscowych zwanych Rio.

La Graciosa należy do części archipelagu zwanego Małymi Kanarami. W rzeczywistości jest największą spośród pięciu kawałków lądu wystających ponad powierzchnię Atlantyku. Wraz z nimi tworzy rezerwat zwany Archipelagiem Chinijo. Tylko największa – a zatem tytułowa – jest zamieszkana. Łącznie żyje tu ok. 730 osób, trudniących się rybołówstwem i obsługą turystów. Nie jest to tym samym najmniejsze skupisko ludzi w Europie. W tej kategorii ciągle prym wiedzie azorskie Corvo (o którym przeczytacie nieco w moim wpisie Dlaczego pokochałem Azory oraz w tekście dla miesięcznika Poznaj Świat).

Osadnictwo na najmniejszej z zamieszkanych kanaryjskich wysp wiązało się z otwarciem w drugiej połowie XIX w. przetwórni ryb. Zakład upadł, ale ludzie pozostali i mieszkają tutaj nadal. To bardzo zaskakujące, bo ten skrawek ziemi zdaje się być ekstremalnie nieprzyjaznym miejscem do życia. Dlaczego – przekonacie się dalej.

Dwie osady

Największym ludzkim osiedlem na wyspie jest Caleta del Sebo (dokładnie Łojowa Zatoczka). Jest tutaj poczta, bank, kilka restauracyjek, sklepików i marketów. Centrum miejscowości jest port – to jedyne okno La Graciosy na świat. Przybijają do niego promy wożące ludzi i towary z Orzoli – miejscowości położonej na Lanzarote. Tutaj jest także jedyny utwardzony plac.

Caleta del Sebo jest elegancka, mimo gruntowych, kurzących się dróg. Domki są elegancko pomalowane na biały kolor, czyste i schludne.

Znajdziemy tutaj także niewielki kościółek Nuestra Senora del Carmen, przez lokalnych dedykowany Matce Boskiej Morskiej (Virgen del Mar), która jest również patronką miasta i całej wyspy. Wybudowano go w 1945 r., a w 1993 podniesiono do rangi świątyni parafialnej. We wnętrzu dużo jest elementów marynistycznych – np. ołtarz główny w kształcie łodzi. Każdego roku, 16 lipca, odbywa się tutaj odpust. Po mszy, w morskiej procesji figura Maryi noszona jest w lektykach przypominających statki, sypane są także kwiaty. W ten sposób upamiętnia się ofiary, które pochłonął ocean.

Druga, znacznie mniejsza miejscowość znajduje się ok. 4 km na północny-wschód od głównego ośrodka wyspy i nazywa się Pedro Barba. Dawniej, zamieszkiwało tutaj więcej mieszkańców. Dzisiaj – zgodnie z danymi rządowymi – na stałe rezydują 3 osoby. Pozostałe zabudowania przeznaczone są przede wszystkim dla turystów. Co ciekawe, osada powstała jeszcze przed Caleta del Sebo, w 1880 r.

Pedro Barba i Caleta del Sebo połączone są nieutwardzoną drogą. Między osadami można przejść także pieszo korzystając ze szlaku wiodącego po klifie. Jego odcinek początkowy (patrząc od strony Pedro Barba) jest dość niebezpieczny i stromy, przebiega często tuż nad urwiskiem. Nie polecam go osobom z problemami w poruszaniu się, z lękiem wysokości lub przestrzeni. Trzeba jednak przyznać, że widoki są stąd niesamowite. Doskonale widać m.in. Lanzarote.

Niebo – piasek – ocean

La Graciosa ma 30 km kw. powierzchni. Kiedy na nią przybyłem, pogoda była pochmurna i wietrzna. Mimo sierpnia nie było także wyjątkowo ciepło. W pierwszej chwili miałem wrażenie, że znalazłem się na zupełnie innej planecie. Otoczenie było nierealne i jakoś zupełnie nie mogłem sobie wyobrazić jak mogą mieszkać tutaj ludzie: przecież ta wyspa to nic tylko piasek i wiatr. Potem – w miarę upływu dnia – doszło do tego palące słońce.

Ruszyłem niespiesznie drogą przebiegającą dokładnie przez środek wyspy. Przede mną otwierały się widoki: trzy stożki wygasłych wulkanów w kolorach brązów i czerwieni. Droga, którą wyznaczono drewnianymi słupkami łatwo zacierała się w otoczeniu żółci i ochry otoczenia i nawiewanego piasku. Nie ma tutaj roślin, poza rachitycznymi krzewinkami. Nie ma tutaj drzew. Czasem można znaleźć tylko sukulenty.

W sercu wyspy droga rozchodzi się w czterech kierunkach. Można zrobić kółko po południowym krańcu wyspy w kierunku Montana Amarilla. Ja zdecydowałem się iść na północ do Playa de las Conchas i dalej, przez Pedro Barba, wrócić do Caleta del Sebo.

Z głównej drogi można odbijać na boczne ścieżki i odwiedzać kilka ciekawych miejsc. Warto podejść na klify aby obserwować wylegujące się na skałach kraby.

Wielu turystów zmierza na Playa de las Conchas. Ja zdecydowałem się tam na dłuższy przystanek i odpoczynek. To piękna, szeroka plaża, ze złotym i drobnym piaskiem. Jak dowiedziałem się po powrocie kąpiele tutaj raczej nie są dobrym pomysłem: występują silne prądy wsteczne. Podczas mojej wizyty ocean był wyjątkowo spokojny, więc pozwoliłem sobie na brodzenie w wodzie.

Można stad także obserwować bezludną wysepkę Isla de Montana Clara, wyglądającą trochę jak na wpół zanurzony w oceanie smok.

Między skałkami na plaży można zobaczyć naturalne saliny. W dawnych czasach w taki właśnie sposób uzyskiwano sól. Trudno sobie wyobrazić, że w tak wysoce zasolonej wodzie, w pełnym słońcu brodziły kobiety, które specjalnymi grabiami wygarniały urobek…

Nad plażą góruje Montana Bermeja (154 m npm). Można się na nią wdrapać dobrze wydeptaną, chociaż dość stromą ścieżką, często bardzo grząską, ze względu na drobny żwir, z jakiego utworzone jest podłoże.

Na szczycie umieszczono cztery rzeźby, utrzymane nieco w stylu Cesara Manrique’a. Wielu wędrowców zostawia tutaj także zapisane wspomnienia z pobytu na wyspie. Pod niewielkimi skałkami ukryte są pudełka, w które można włożyć swoje zapiski. Podobno są one digitalizowane.

Po plażowaniu i wspinacze, ruszyłem w dalszą drogę, kierując się na zachód. Droga robi się coraz bardziej piaszczysta, dominują coraz jaśniejsze kolory: bieli i żółtego. Ostro odbija się w nich coraz bardziej prażące słońce. Można się poczuć jak na prawdziwej pustyni.

Po około półgodzinnym marszu odbiłem od głównej drogi w lewo przy niewielkim parkingu. Po krótkim spacerze dotarłem do spektakularnego miejsca zwanego Mirador Baja de las Majapalomas. W skalnym załomie woda wyżłobiła piękny łuk, który kojarzy się nieraz z Błękitnym Oknem, które jeszcze do niedawna można było podziwiać na Gozo.

Nieopodal skałki utworzyły ostre klify. Nazywane są Dientes del Tigre – czyli Zębami Tygrysa.

Potem szedłem wzdłuż brzegu wyspy. Po prawej stronie dominuje najwyższy szczyt La Graciosy – La Guja Grande (266 m npm). Wraz z otaczającym ją terenem objęta się ścisłym rezerwatem. Informują o tym liczne znaki ustawione wzdłuż drogi.

Co ciekawe, La Guja Grande z każdej strony wygląda inaczej. Od strony Caleta del Sebo uwagę zwracają niezwykłe kolorowe pasy na zboczach.

Po La Graciosie można przemieszczać się na kilka sposobów. Bardzo popularny jest rower. Najbardziej leniwi dają się naciągać na „safari” terenówkami.

Ja wybrałem nogi. I był to strzał w dziesiątkę. W pandemii nie było tutaj dużo ludzi. Mogłem zatem z powodzeniem oddać się medytacji otoczenia. Otoczenia, które jest zaskakująco niesprzyjające życiu. I – znów to podkreślę – z trudem przychodzi wyobrazić sobie jak może wyglądać tutaj egzystencja mieszkańców. Obecnie zajmują się oni turystami, mają dostępne media. W miarę łatwo można dostać się do większych osad ludzkich na Lanzarote. Ale jeszcze 100 lat temu?

Tutaj – jak mało gdzie – pochylenie się nad ludzkim istnieniem, nad trwaniem i nad tym, do czego doszliśmy jako gatunek, staje się zupełnie uzasadnione. Zwłaszcza, że życie od czasów nastania problemów z koronawirusem przybrało zupełnie nieoczekiwany kształt. Zatrzymaliśmy się w pędzie, by teraz nieśmiało i nie bez przeszkód próbować się podnieść. Zastanawiałem się jak wyglądało życie mieszkańców w trakcie najbardziej ścisłego lockdownu, a jak będzie wyglądało w nowej rzeczywistości? Odosobnienie sprzyja medytacji. Szkoda tylko, że na pytania: skąd przychodzimy? kim jesteśmy? dokąd zmierzamy? ciągle nie mogę znaleźć odpowiedzi.

Please follow and like us:

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2020 Wloczykij-Vagabond

Theme by Anders Norén