Wloczykij-Vagabond

Miejsca znane i nieznane

„Jesteś w najpiękniejszej części wyspy”. Czyli Flores na Azorach

Z lotniska, po trwającym niespełna 5 min. locie z wyspy Corvo, odebrało mnie dwóch mężczyzn. Jeden z nich o rubasznym wyglądzie, ciągle żartował i mówił sprośne dowcipy. W przerwami między kolejnymi sucharkami opowiadał o okolicy. Przejechaliśmy przez środek wyspy, by nagle wyjechać na wysoki klif. Zjeżdżaliśmy serpentyną, a ja w pewnym momencie zupełnie nie zwracając uwagi na kolejne głupie opowiastki, z zachwytem wyglądałem z okno auta. Kiedy wyrwał mi się przez przypadek: „WOW!”, w końcu przestał dowcipkować i powiedział zupełnie serio: „Mówiłem Ci. Jesteś w najpiękniejszej części wyspy”.

Widok na wioskę Fajã Grande – najdalej wysuniętą na zachód europejską osadę

Naj

Na Azorach wiele rzeczy jest „naj-„. Najmniejsze, najdalsze, najbardziej ukwiecone, najstarsze… Tak też jest w przypadku wioski Fajã Grande na wyspie Flores. Właściwie trafiłem tutaj przypadkiem. Kiedy szukałem noclegów na luty, niewielki był wybór. Albo drogi hotel, albo kilka kwater. Wybrałem ten, który wydał się najciekawszy, względnie przystępny cenowo z najwyższymi ocenami. Tak trafiłem do Residencia Mateus. Zastanawiałem się jak to może wyglądać, wyobrażałem sobie coś na kształt niewielkiego pensjonaciku, jak to było na Corvo. Okazało się, że zostałem zakwaterowany w pokoju w domu z właścicielami. Mogłem korzystać z ich kuchni i salonu. Łazienkę miałem współdzieloną z drugim dostępnym pokojem gościnnym, w którym nikogo w tym czasie nie było. Ale goszczono mnie po królewsku.

Fajã Grande to najdalej na zachód wysunięta osada europejska. Położona jest na szerokim płaskowyżu, który zamykają wysokie klify. Osiedlano się tutaj już od ok. XVI-XVII wieku. Doceniono bowiem walory geograficzne tego miejsca: niewielka zatoka, gdzie mogły cumować statki wracające albo płynące do Indii i sporo miejsca pod uprawy. Szczególnie chętnie sadzono tutaj urzet balwierski (albo woad). Miał on dwa zastosowania: przede wszystkim pozyskiwano z niego barwnik indygo, ale także argininę, lek używany przy problemach z wątrobą. W wielu źródłach z tamtego okresu wskazywano, że na okolicznych płyciznach i skałkach wielka jest obfitość owoców morza.

Wioska dość szybko rozwijała się. Do tego stopnia, że w końcu pojawiła się wyraźna potrzeba utworzenia dla mieszkańców parafii. Pierwszą kaplicę wybudowano w Fajã ok. 1755 r., a sto lat później postawiono w jej miejscu kościół, który mimo licznych przebudów stoi w miejscowości do dzisiaj.

Centrum Fajã Grande z widocznym kościołem parafialnym

Pod administrację miejscowości podlegają jeszcze dwie osady: Aldeia da Cauda oraz Ponta da Fajã. Każda z nich ma ciekawą historię. Najlepszy okres dla pierwszej z wymienionych przypada na wiek XIX. Wtedy to w wiosce mieszkały 122 osoby, chociaż większość była bardzo biedna. Mieszkańcy trudnili się przede wszystkim tkactwem – podobno w niektórych domostwach znajdowały się nawet po 2-3 krosna. Niestety osada została opuszczona w latach ’60 XX w., kiedy większość jej mieszkańców – podobnie jak innych Azorczyków – wyemigrowała do USA lub Kanady. Dzisiaj obszar ten został przekształcony w agroturystkę. Obudowano znaczną część domków i zaadaptowano je na wakacyjne apartamenty. W części z nich pracują artyści, których rękodzieło można nabyć.

Aldeia da Cauda

Przed opuszczeniem uchroniła się z kolei osada Ponta da Fajã. Udało się to jednak tylko i wyłącznie dzięki uporowi mieszkańców. W ostatnich dekadach minionego stulecia, okolice te często nawiedzać zaczęły osuwiska. W 1987 r. wioskę uznano za jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na wyspie i zakazano budowy domów. W cztery lata później zwały ziemi, kamieni i błota zniszczyły jej część. Wtedy prawo jeszcze bardziej zaostrzono i chciano wszystkich mieszkających tutaj ludzi przenieś. 20 osób zignorowało jednak nakaz i pozostała w swoich domostwach.

Ponta da Fajã w cieniu klifów

W Ponta da Fajã jest bardzo ładny kościółek Nossa Senhora do Carmo z niewielką plebanią. Został on wybudowany ok. 1898 r.

Kościół Nossa Senhora do Camro w Ponta da Fajã

Z Ponta można ruszyć na szlak, który doprowadzi do miejscowości Ponta Delgada. Wiedzie on zachodnim skrajem wyspy po wysokich klifach. Jest on jednak okresowo zamykany, bo uznano go za jeden z naj…niebezpieczniejszych w całym archipelagu.

Wodospady

Jedną z największych atrakcji tej części Flores są wodospady. Wysokie klify tworzą rodzaj „wanny”, z której wylewa się woda na położone poniżej płaskowyże. Wygląda to bajecznie. Okresowo wodospadów przybywa, różna jest też ilość wody z nich wypływająca. Wiadomo, bardziej spektakularne są w okresie zwiększonych opadów deszczów. Mimo, że w ubiegłym roku w lutym, pogoda na Azorach była łaskawa i padało mniej, to jednak widoki były piękne. Większość kaskad można podziwiać idąc drogą z Fajã do Ponta.

Najbardziej znany i najczęściej odwiedzany jest Poço do Bacalhau, czyli Wodospad Dorszowy. Są dwie historie skąd wzięła się nazwa. Jedna jest zbereźna (opowiedział mi ją oczywiście kierowca-wesołek), ale na łamy bloga się nie nadaje (jak ktoś chce, to mogę ją przedstawić prywatnie, ale jakby ktoś później się chciał na mnie powołać, to wszystkiego się wyprę). Druga z kolei wywodzi się z charakterystycznego układu skał u progu kaskady: tworzą one charakterystyczny trójkąt, który przypomina rybi ogon. A, że dorsz to portugalska ryba narodowa (zaraz po sardynkach, albo może przed nimi), to nazwa już w ogóle nikogo dziwić nie powinna.

Cascata Poço do Bacalhau – Wodospad Dorszowy

W wietrzne spadająca woda nawet nie dosięga podłoża, a podwiewana jest do góry. Tworzy się niesamowita mgiełka, a jeśli spojrzeć na nią pod odpowiednim kątem – to można dostrzec tęczę.

Około 3 km marszu od centrum Fajã dociera się do magicznego miejsca zwanego Poço Ribeira do Ferreiro (Alagoinha). Marsz wiedzie spokojną lokalną drogą. Jej pobocza skąpane są w zieleni i kwiatach. Tu i ówdzie rośnie drzewko cytrusowe, a rowy porastają białe lilie.

Wodospady na Potoku Kowalskim (bo tak trzeba tłumaczyć nazwę) ukryte są w gęstym namorzynowym lesie. Wchodzi się trochę jak do zaczarowanej krainy. Wiecznie zielone listowie wytłumia wszystkie dźwięki. Gdzieniegdzie widać powalone drzewa, których grube konary porasta pochrzyn. Widok jest iście bajkowy.

Punktem kulminacyjnym jest jezioro, do którego spada kilka wodospadów. Przepięknie odbijają się one w tafli. Kiedy odwiedzałem to miejsce, byłem zupełnie sam i w spokoju i ciszy mogłem podziwiać ten cud natury.

Szlak wulkanicznych kraterów

Z Fajã Grande wiedzie interesujący szlak trekkingowy (oznaczony jako PR 03 FLO – więcej informacji na specjalnej stronie Azores Trails). Jego jedyną wadą jest to, że jest jednokierunkowy. Można zrobić kółeczko, ale powrót do wioski trzeba już odbyć drogą. Ale nie to jest istotą. Początek jest stromy: dobre 20 min. trzeba wspinać się na brzeg „wanny” – czyli jeden z klifów. Różnica wysokości to ok. 600 m w pionie. Dlatego podejście – ostrą serpentyną jest dość wyczerpujące, a w AllTrails szlak znakowany jest jako „hard”. Osoby ze słabszą kondycją powinny poprosić o dowiezienie na punkt widokowy (gdzie jest jedna z końcówek ścieżki) i ruszyć stamtąd w dół. Ja zrobiłem całość pieszo.

Jak pisałem wyjście z wioski jest męczące, ale widoki są bardzo spektakularne. Można zobaczyć zielony płaskowyż i białe domy Fajã. Niewielkie poletka, które służą jako pastwiska dla krów, odgrodzone od siebie kamiennymi ostrokołami, tworzą niezwykłą nieregularną szachownicę.

W pewnym momencie niemal u szczytu klifu natknąć się można na bramkę. Jest ona zamknięta i przytrzymuje ją niewielki skobel. To nic. Można przejść, byleby tylko pamiętać o zamknięciu wrót za sobą. Wychodzi się na niewielką polanę, skąd szlak (skądinąd niezbyt dobrze w tym miejscu oznakowany – ja się nieco pogubiłem – trzeba dobrze wypatrywać znaku, który jest na skale po prawej, za plecami przychodzącego z dołu), wiedzie ostro w prawo i jeszcze w górę. Wychodzi się na nieosłonięty szczyt, gdzie wiatr jest niezwykle przenikliwy. Tutaj przypomniał o sobie mój lęk wysokości.

Potem ścieżka wiedzie już dużo spokojniejszym terenem. Są jeszcze zejścia i podejścia, ale nie przypominam sobie, żeby którekolwiek było tak ostre i strome jak to pierwsze. Mija się kolejną bramkę.

W pewnym momencie wychodzi się na wielkie torfowisko. Wcześniej liczne formacje skalne porastają gęsto mchy, tworząc wrażenie niezwykłych, miękkich roślinnych poduszek. Stąd idzie się specjalnie przygotowanym drewnianym chodnikiem.

Punktem kulminacyjnym wycieczki są jeziora kraterowe. Mija się ich cztery. Pierwszym jest Lagoa da Caldeira Branca – Jezioro Białe. Jest ono dość płytkie i bardziej przypomina rozległą kałużę. Jego powierzchnia zmienia się zależnie od pory roku i wysokości opadów.

Następne w kolejności jest Lagoa da Caldeira Seca – Jezioro Suche, czyli właściwie nie-jezioro. Jest to rzeczywiście suchy krater, którego wnętrze wypełnia torfowisko. Ponoć bywa zalewane, ale niezwykle rzadko.

Dwa ostatnie jeziora kraterowe odgrodzone są od siebie niewielką skalną ścianą. Stojąc twarzą do akwenów w punkcie widokowym: po prawej mamy Lagoa de Caldeira Funda (Jezioro Głębokie) i Lagoa de Caldeira Comprida (Jezioro Długie). Oba są niezwykle malownicze: czarne tafle wody otoczone porośniętymi zielenią skałami.

Ze względu na malowniczość dużo ciekawsze jest Jezioro Długie. W zasadzie ma ono bardzo nieregularny kształt. Z otaczających skał wypływa gdzieniegdzie woda. Roślinność porastająca zbocza jest niezwykle kolorowa i mieni się szeregiem zieleni, żółci i brązów.

Flores – wyspa kwiatów, na którą chcę wrócić

Podobno najlepszymi miesiącami na odwiedzenie Flores są: maj, czerwiec i lipiec. Wtedy też jest najwięcej turystów. Dlatego nie żałuję, że przyleciałem tam w lutym. Była cisza, spokój i przyroda, którą miałem tylko dla siebie. Kwiatów nawet zimą nie brakuje, a mnogość braw jest zaskakująca. Zieleń jest niezwykle intensywna i odprężająca. To prawdziwe ukojenie i odskocznia dla kontynentalnej szarówki i śniegu.

Fajã Grande to rzeczywiście niezwykłe miejsce: intymne, jakby trochę poza czasem. W jedynej czynnej w lutym restauracji – Papadiamandis – znajdującej się nad oceanem – ciągle słychać szum wzburzonych fal. I podają świetną ośmiornicę z grilla, którą tego samego dnia wyjęto z toni wodnej. Mieszkańcy są twardzi, ale bardzo otwarci i sympatyczni. Prowadzą rodzinne interesy. Octavio, właściciel pokoi gościnnych, gdzie się zatrzymałem, współpracuje ze swoim szwagrem – rubasznym i zbereźnym kierowcą, który wiózł mnie na lotnisko. Octavio namawiał mnie też na kupno ziemi na Flores. I wcale nie zaskoczyło mnie, że jednym cudzoziemcem, którego poznałem w Fajã był sympatyczny Niemiec, który właśnie za namową Octavia zdecydował się na nabycie nieruchomości. Teraz Octavio remontuje mu zakupiony dom. I pomyślałem: może to dobry pomysł na przyszłość? Bo chcę tu wrócić: na mój mały koniec świata. Koniec świata, który okazał się zielonym ogrodem.

Please follow and like us:

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2020 Wloczykij-Vagabond

Theme by Anders Norén