Wloczykij-Vagabond

Miejsca znane i nieznane

Uzbekistan z Tysiąca i Jednej Nocy

Kiedy byłem mały uwielbiałem słuchać jak tata, mama, albo żyjąca jeszcze babcia czytali mi opowieści Szeherezady. I to chyba dzięki tym dziecięcym wspomnieniom, ciągle zaskakująco żywym i barwnym, tak bardzo fascynuje mnie świat arabski. To barwne opowieści, owinięte mgłą cekinów i jedwabi, okraszone wonnymi zapachami, smakujące suszonymi owocami, skąpane w palącym słońcu, z ochrowym tłem pustyni. Tak zamknąłem je w sobie jako dziecko i tak odkrywałem je w Uzbekistanie.

Piaskowe mury Chiwy

Samolot wylądował w Urgenczu, skąd mogłem jechać dalej na dwa sposoby: taksówką za 10 dolarów lub skorzystać z jedynej sieci trolejbusowej w kraju. Byłem jednak zbyt wygodny i stwierdziłem, że z plecakiem nie będzie mi przyjemnie szukać przystanku, a potem kręcić się po Chiwie w poszukiwaniu hotelu o wdzięcznej nazwie Szeherezada. Zapłaciłem w sumie niewielkie pieniądze i udałem się w ponad 30-km przejazd. Po drodze (upał stale narastał) widziałem pola bawełny – uzbeckiego złota, które doprowadziło wtedy jeszcze sowiecką republikę na skraj katastrofy naturalnej kilka dziesięcioleci temu. Bawełna stała w wodzie, na środku pustyni! Dopiero przy kolejnym locie, zdałem sobie sprawę, że widziane z 10 km bruzdy w ziemi, to kanały nawadniające te pola. Kanały które kopano, kopano, kopano, aż w końcu Amu-daria i Syr-daria zaczęły toczyć tak mało wody, że doprowadziło to do wysychania jednego z największych jezior świata, nie bez przyczyny zwanego (ciągle) Morzem Aralskim.

Taksówka dojechała do Chiwy. Przedmieścia: ni to ciekawe, ni to wciągające – ot zwykłe miasto. W końcu oczom ukazały się zabudowania Starego Miasta w postawi warownych bram. Żółto-szare, wyglądające trochę jak powiększone mury dziecięcych piaskowych fortec budowanych na plaży. Minęliśmy dwie bramy, plac z pętlą trolejbusu i skręciliśmy w spokojną ulicę w lewo, która ciągnęła się wzdłuż fortyfikacji. Wyglądało to niezwykle malowniczo, a jeszcze bardziej bajkowy widok ukazał się po przejechaniu bram i zagłębieniu się w tkankę serca osady.

Ulica była gruntowa, wyboista, kurzyła się niemiłosiernie. Zapowiadano na najbliższe dni między 39 a 42 stopnie. Dochodziło południe, a jaskrawe słońce prażyło coraz mocniej. Taksówka zatrzymała się przed pięknym budynkiem, utrzymanym w podobnej do otoczenia kolorystyce. Od razu wiedziałem, że będzie magicznie. Wszedłem do środka, uprzednio wytarłszy sandały w mokrą wycieraczkę. Na progu i tak trzeba było zdjąć obuwie.

I tak zaczął się pobyt w mieście z pyłu, którego ochrowe otoczenie poprzetykane jest szafirowymi minaretami. Wieczorami przechadzałem się uliczkami, na których wzmagał się gwar kiedy upał stopniowo odpuszczał. A w najgorętsze momenty chowałem się w cieniu tapczanów lub pod parasolami i popijałem lokalny różowy specjał – sok z arbuzów, owoców których nie lubię, ale tutaj działał doskonale orzeźwiająco i kojąco. I tak zapamiętam Chiwę w odcieniach ochry, poprzetykaną błękitem, bielą i różem.

Medresy Buchary

Centralny plac Buchary – Liab-i Hauz – nigdy nie jest przesadnie zatłoczony. No, może wieczorami, kiedy gromadzi się trochę więcej ludzi wokół oczka wodnego i wokół medresy Diwan Bega, gdzie organizowane są „zajawki” tańców uzbeckich. Zajawiki, bo aby obejrzeć cały spektakl – trzeba już za to zapłacić. Ale turystów nie ma wielu: może to sierpniowy upał ich odstrasza, a może wizerunek zamkniętego i niedostępnego kraju? Uzbekistan otworzył się na świat niedawno. Robił to stopniowo. Najpierw absurdalnymi gestami typu zezwolenie na wjazd tylko osobom po 55 roku życia i w ramach grup zorganizowanych. W końcu dla obywateli kilkudziesięciu krajów (w tym Polski) zniesiono wizy całkowicie. Ale nawet przed wyjazdem ciągle w internecie dopadały mnie ponure historie, że sprawdzane są skrupulatnie telefony komórkowe i laptopy (czy przypadkiem nie ma się zabronionych treści), że męcząca jest kontrola celna. Nic z tych rzeczy: nikt o nic nie pytał, przeskanowano mi bagaże i puszczono z uśmiechem na twarzy: „Welcome to Uzbekistan!”.

W Bucharze zatrzymałem się w niewielkim butikowym hoteliku, z rozgadanym i wiecznie dowcipkującym właścicielem. Bakti, bo tak miał na imię, nie mógł pojąć, że facet taki jak ja nie je mięsa i nie ma żony. „Gdyby moja córka była starsza…” marzył. Uśmiechałem się tylko pod nosem, a on dalej opowiadał, bajdurzył i stawiał kolejne piwo, tym razem na jego koszt (be my guest!). A ja czułem się coraz gorzej. Bo klimatyzacja już w Chiwie tak mnie przeziębiła, że kichałem, smarkałem i bolała mnie głowa. W końcu przed męczącymi historiami Baktiego musiałem uciekać na taras jego hotelu, gdzie czytałem książkę, albo oddawałem się pogawędkom z parą sympatycznych Holendrów dla odmiany.

Główne atrakcje Buchary ciągną się w linii prostej przez dobre 2-3 km. Tutaj kroczy się szerokimi deptakami i tylko co kilkaset metrów zagląda się do kolejnej medresy. W jednej zorganizowano muzeum, w innej są sklepiki z rękodziełem, w jeszcze innej galeria fotografii, a w kolejnej nie ma nic – stoi w lekkiej ruinie. W końcu dochodzi się do niewielkiego parku. W kanałach, które go nawadniają dostrzegłem pływającego węża.

Po dłuższym spacerze dochodzi się do najbardziej oddalonych atrakcji: wspaniałej twierdzy Ark czy kompleksu świątynnego Po-i Kalon. Im bardziej na północ miasta, tym okolica robiła się coraz bardziej nowoczesna i nieciekawa. Dlatego chroniłem się w wąskich ulicach, obserwowany przez uzbeckie dzieciaki, czasem zagadywany przez mieszkańców.

Boczne uliczki starego miasta są zaniedbane, gruntowe i kurzące. Tutaj życie dopiero wchodziło w nową erę. Promykami nowości były pojawiające się butikowe hotele, takie jak mój – Rizo Boutique Hotel – urządzony trochę ze smakiem, trochę kiczowato, ale bez wątpienia z klimatem i… Baktim, który tylko widział mnie w jednym z krużganków prowadzących do pokoi, a już krzyczał na całe gardło: „Hello my friend! Come, I bring some watermelons for you!”. Inni właściciele domów szli w jego ślady i remontowali, przebudowywali. Bakti cykał i spoglądał z niechęcią na rosnącą konkurencję… Ciekawe, co będzie jak to szaleństwo koronawirusowe się skończy. Teraz jego hotel nie jest dostępny do rezerwacji…

Dyskretny urok Samarkandy

Trudno na początku było mi się pogodzić z tym, co zobaczyłem w Samarkandzie. Na początku wydała się bowiem dużym miastem, w którego zupełnie nowoczesnej tkance pochowane były zabytki. Na domiar złego odbywał się tutaj festiwal kultur świata (potem okazało się, że to najstarszy festiwal w kraju i jeden z najbardziej znanych na świecie), więc było tłoczniej niż zwykle. Także żeby wejść do głównej atrakcji miasta – Registanu – trzeba było się natrudzić, a w ogóle była poważna groźba, że nie uda się to w ogóle.

Z Buchary przyjechałem do Samarkandy pociągiem: nie tym super szybkim, ale trochę wolniejszych, którym podróż zabrała niecałe 3 godziny. (Bakti kręcił z dezaprobatą głową: „Dlaczego nie jedziesz Talgo? On jedzie tylko 2 godziny!”)… W pociągu poznałem młodego Uzbeka, po studiach, ale wciąż młodszy niż ja. Siedział koło mnie i czytał Koran. Oczywiście on zagadał pierwszy. Pośród standardowych pytań o pochodzenie, zawód itp., w końcu zapytał jak mi się podoba w Uzbekistanie. Powiedziałem, że jest wspaniale i jestem zachwycony. Nieśmiało dodałem, że jestem zdziwiony, że mogę robić zdjęcia pociągu. I to był strzał w dziesiątkę, bo zaczął opowiadać co było jeszcze rok wcześniej. Dowiedziałem się m.in., że jeszcze nie tak dawno temu, żeby student mógł dojechać ze swojego miasta powiedzmy do Taszkentu na uczelnie, na rogatkach miast stały kontrole, które skrupulatnie to sprawdzały! Słuchałem tego z niedowierzaniem: jak to, jeszcze rok temu?

Ale wróćmy do samego miasta. Aby docenić urok Samarkandy musiałem się trochę bardziej postarać. Nie jest to miasto, którego zabytki skupione są w jednym miejscu, trzeba się więc nachodzić, a sprawy nie ułatwiał także festiwal: pojawiały się zamknięcia dróg, ograniczenia dla pieszych itp. Najbardziej skomplikowany okazał się powrót z obserwatorium Uług Bega. Okazało się bowiem, że na uroczystości otwarcia wydarzenia przyjechał sam prezydent Mirzijojew. Chciał on także odwiedzić święte miejsce jakim jest meczet Hazrat-Hyzr. To wymagało zablokowania połowy miasta. Jak się zatem okazało mimo pozornego otwarcia kraju, służby mentalnie tkwią jeszcze w zamierzchłej przeszłości. W upale byłem coraz bardziej zmęczony, a dojść do jakiegoś sensownego miejsca, skąd chociażby złapałbym taksówkę było coraz ciężej. Poszedłem zatem drogą wzdłuż zabytkowego cmentarza. Zawrócono mnie. Z mapy dowiedziałem się, że przejście przez nekropolię doprowadzi mnie do jednej z głównych arterii, którą postaram się przedostać do centrum. Zacząłem krążyć pomiędzy nagrobkami. Spotkałem w końcu jakiś ludzi mówiących po rosyjsku, z którymi ruszyliśmy dalej. Po drodze znaleźliśmy kogoś, kto wskazał nam drogę do wyjścia. Doszliśmy do zablokowanej bramy. Przed nią stał ubrany w białą koszulę mężczyzna (ewidentnie tajniak). Całe szczęście, moim towarzyszom udało się jakoś wytłumaczyć co się dzieje, więc ten nas przepuścił i dalej ruszyliśmy opłotkami w kierunku centrum. Potem już sam złapałem taksówkę, która przez przedmieścia, naokoło zawiozła mnie do hotelu.

Największym rozczarowaniem było to, że ze względu na festiwal zamknięto plac Registanu, a więc głównej i najważniejszej atrakcji Samarkandy. Cały kompleks mogłem tylko obserwować z punktu widokowego. Ale, ale… w jednym z bocznych narożników zobaczyłem gromadzących się ludzi. Postanowiłem tam zejść i cudownie okazało się, że akurat teraz przez dwie godziny będą wpuszczać turystów. Nie zastanawiałem się długo, natychmiast kupiłem bilet i wszedłem podziwiać jeden z najpiękniejszych kompleksów świątynnych na świecie. Tak znalazłem się w świcie z bajki. Cudowne mozaiki, błękitne sklepienia, szmer odwiedzających…

Niezwykła okazała się także wizyta na targu bakaliami. Miał być zamknięty, ale okazało się, że kupcy są i tylko czekają na zbłąkanych turystów. Za 10 dolarów kupiłem kilogram wielkich suszonych morel, kilogram suszonych melonów z rodzynkami, po kilogramie fig i morel z orzechami włoskimi. A chciano mi wciskać jeszcze więcej. W końcu musiałem powiedzieć dość, bo przede mną do degustacji pojawiały się kolejne słodkości…

Wieczorami chodziłem do świetnej restauracji regionalnej „Platan”. Trzeba trochę się jej naszukać, ale jedzenie było w niej pyszne. Cieszy się na tyle dużym powodzeniem, że warto tam dokonywać rezerwacji. Jeden raz zapytano mnie, czy zgodzę się, aby przy moim stoliku także ktoś usiadł. Zgodziłem się i tak, w przelotny sposób poznałem Hinduskę, która okazała się być działaczką na rzecz równouprawnienia osób LGBT w Indiach. Kolejna ciekawa znajomość!

Z Samarkandy wyruszałem nad ranem przez Stambuł do Warszawy. Opuszczałem kraj z nadzieją, że jeszcze tutaj wrócę. Przecież jeszcze tyle zostało do zobaczenia: Pustynia Aralska (czyli to, co zostało z Morza), Kotlina Fergańska i miasta Kokand i Szahrisabz, fabryka jedwabiu w Margilanie… I ciągle żyję tą nadzieją, że wkrótce znowu stanie się to możliwe. Stopniowo będę także opowiadał i opisywał poszczególne miasta bardziej szczegółowo, a do wspomnianych w tym tekście miast dołączy jeszcze Taszkent.

Please follow and like us:

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2021 Wloczykij-Vagabond

Theme by Anders Norén