Decyzję o przyjeździe do nowozelndzkich lodowców Foxa i Franza Josefa podjąłem spontanicznie. Podczas planowania całej wyprawy na Antypody uciąłem tam jeden dzień, tu drugi i udało się. A był to strzał w dziesiątkę!
Wymagało to jednak niemałego wysiłku: przylot dość późnym popołudniem do Queenstown, wynajem auta i związane z tym formalności, a potem długa jazda w dużej części w nocy. Na trasie było jedynie jedno większe miasteczko, które usytuowane było zbyt blisko miejsca startu, by postój miał tam sens. Musiałem zatem niełatwą drogą, pełną zakrętów, w ciemności i deszczu jechać prawie 4 i pół godziny. Było to jeszcze o tyle mało przyjemne, że po zmroku na jezdnię wyłażą oposy. Te głupiutkie stworzenia zamiast uciekać przed autem – tylko gapią się na nie nieruchomo. Jednego zauważyłem zbyt późno… Na szczęście Nowozelandczycy ich nie lubią – to strasznie inwazyjne szkodniki. Do miejscowości Fox Glacier dotarłem mocno po 22.

Szlakiem do Roberts Point
Pierwszy opis lodowca Franza Josefa pochodzi z 1859 r. Został on umieszczony w dzienniku pokładowym statku Mary Luisa. Załoga mogła go wtedy oglądać. Pierwszego opisu przyrodniczego i geologicznego dokonał w 1865 r. niemiecki badacz Julius von Haast. Jemu w zaszczycie przypadło także nadanie imienia – na cześć cesarza cesarza Austrii i króla Węgier.

Początki turystyki sięgają tutaj drugiej dekady XX wieku. Historycznie jednymi z pierwszych przewodników turystycznych po lodowcu była rodzina Graham. Oni także dali początek dzisiejszej miejscowości Franz Josef/Waiau. Stąd także i dzisiaj można wyruszyć na szlaki wiodące do punktów obserwacyjnych. Niestety podejście przed samo czoło formacji jest niemożliwe – najbliższy punkt obserwacyjny jest od niego oddalony o 3 km. Jest to właśnie Roberts Point.

Szlak nie jest prosty i wymaga na niektórych odcinkach trochę wysiłku fizycznego. Szczególnie w początkowej fazie. Po przejściu z parkingu można jeszcze zajrzeć do Peters Pool – niewielkiego jeziora polodowcowego, które powstało zaledwie 210 lat w wyniku ciągłej aktywności Franza Josefa. Przy pogodnym dniu widok i odbicie gór w lustrze wody zapiera dech w piersiach.

Stąd rusza się dalej. Na początek trzeba przekroczyć przez most na rzece Waiho, która wypływa z lodowca.

Kolejnym etapem jest przejście przez las. Tutaj jest także kilka trudniejszych i bardziej stromych podejść. Jednak okoliczności przyrody zdecydowanie łagodzą trudy. Zwłaszcza w okresie zimowym (w przypadku Nowej Zelandii to lipiec i sierpień) panuje cisza i spokój. Zieleń ciągle jest jednak soczysta i piękna: wielkie paprocie, konary drzew zasiedlone przez porosty, tu i ówdzie kolorowe owoce… Jest pięknie!

Przejście zaczyna się robić coraz bardziej ciekawe po dojściu do mostku nad potokiem Arch. To drewniana konstrukcja, na której znaki wskazują, że może przebywać wyłącznie jedna osoba!

Jedyne takie na świecie
Po przekroczeniu strumienia Arch szlak zaczyna się wyraźnie zmieniać, miejscami staje się wręcz ekstremalny. Osoby z lękiem wysokości lub przestrzeni mogą nie czuć się tutaj zbyt dobrze. Zwłaszcza po dotarciu do kolejnego mostu podwieszanego. Ten jest długi i bardzo wysoko buja się nad przepaścią. Adrenalina skacze, ale przejście jest niesamowite!

Dalej odcinkami idzie się znów w lesie. Mniej więcej w połowie szlaku dochodzi się do blaszanej wiaty, w której można się schronić i odpocząć. Potem szlak zaczyna wieść skalnym zboczem, do którego przytwierdzone są drewniane stopnie. Wprawdzie jest się chronionym barierkami, ale wciąż jest to doświadczenie dość mocne. Zwłaszcza, że nie wszystkie stopnie są całe. W dodatku – często śliskie i wąskie.

Warto się w tym momencie zastanowić jak „działa” lodowiec Franz Josefa i dlaczego jest tak niezwykły. Jego główne pole śnieżne zwane névé lub firnem znajduje się na wysokości ok. 2,5 tys. m n.p.m. i ma powierzchnię 20 km2, przy grubości dochodzącej do 300 m. Alpy Zachodnie są bardzo strome i szybko opadają w dół. W związku z tym lodowiec na stosunkowo niedługim odcinku – bo ok. 11 km – opada o ponad 2000 m. Tym samym czoło zawieszone jest zaledwie na 300 m n.p.m. osiągając tym samym poziom lasu.

Lodowce nowozelandzkie są bardzo wrażliwe na zmiany klimatu i bardzo aktywne. Szybko rosną, ale także szybko potrafią się cofać. Franz-Joseph szczególnie mocno zmniejszył swoją długość w latach 2008-2017 – ubyło go aż 1,5 km. W ostatnich 100 latach – zmniejszył się z kolei o 3 km.

Łzy Hine Hukatere
Osiągnięcie punktu widokowego Roberts Point jest niesamowitym doświadczeniem. W końcu widzi się majestatyczny jęzor lodowca przeciskający się przez strome skalne ostępy. W wielu miejscach buchają z niego wodospady.

Niezykła jest maoryska legenda, od której lodowiec wziął swoją nazwę w języku rdzennych mieszkańców Aotearoy: Kā Roimata o Hine Hukatere czyli Łzy Hine Hukatere. Według ustnego przekazu Dziewczyna Lawin (Hine Hukatere) była sprawną i nieustraszoną wspinaczką, kochającą góry. Pewnego dnia zabrała w jedną ze swych wypraw swojego chłopca – Tuawe, który uwielbiał jej towarzyszyć. Niestety: doszło do tragedii i lawina porwała biednego Tuawe. Hine Hukatere popadła w rozpacz. Jej łzy utworzyły wielką rzekę. Łaskawy Ojciec Niebios – Rangi, zlitował się nad biedną dziewczyną i zamroził potoki jej płaczu.

Przy odrobinie szczęścia, w piękny dzień można nie spotkać tutaj nikogo. Pozostaje rozkoszowanie się i widokami. Mnie jednak urzekła też legenda o tym miejscu. Był to też jeden z ostatnich moich dni w Kraju Długiej Białej Chmury, dlatego trudno było opanować wzruszenie.

Łoże Tuawe
Tuawe spoczął w innym lodowcu – Te Moeka o Tuawe – czyli w Łożu Tueawe, a według nazw „zachodnich” – lodowcu Foxa. W 1857 r. Maorysi poprowadzili tutaj pierwszego Europejczyka – Leonarda Harpera. W kilka lat później badań i opisu formacji dokonał wspomniany wcześniej von Haast. Nazwa „Fox” została nadana w 1872 r. na cześć premiera Nowej Zelandii – Williama Foxa.

Lodowiec Foxa bierze swój początek w tym samym miejscu, co Franz-Joseph. Jest jednak znacznie większy, bowiem powierzchniowo liczy 32 km2 i „zbiera” lód z około 68 km2. Jest też dłuższy (dochodząc do 13 km, chociaż aktualnie to niespełna 12 km). Schodzi z wysokości ok. 2600 m n.p.m.

Co najważniejsze: lodowiec to bardzo czuła i zmienna formacja. W okresie zlodowacenia wchodził aż w głąb Morza Tasmana. Przez ostatni wiek znacząco się cofał. Wprawdzie w latach 1985 do 2009 jego masa i długość urosły, by potem znowu maleć. Ciągle pozostaje 3 lodowcem Nowej Zelandii. Region, w którym się znajduje charakteryzuje się największą wilgotnością w całym kraju: opady osiągają tutaj 8 m rocznie, a w wyższych partiach Alp Zachodnich dochodzą nawet do 10 m! Dla porównania dla Warszawy to zaledwie 500-600 mm! Problemem jest jednak temperatura: jeśli pada deszcz lodowiec szybko topnieje i się rozpada. Najlepiej zatem śnieży – wtedy białego puchu przybywa, a jęzor schodzący z gór wydłuża się.
Lodowiec wiecznie aktywny
Oba lodowce charakteryzuje wielka aktywność, chociaż jednak Fox wydaje się wygrywać pod tym względem z Franzem Josefem. Wypływa z niego rzeka Fox. W wyniku potężnych deszczów w 2019 r. doszło w jego dorzeczu to wielkiej powodzi. W jej wyniku nastąpiło osuwisko skalne, które doprowadziło do uszkodzenia mostu prowadzącego do wioski oraz szlaków. Osuwisko zwane Alpine Gardens jest ciągle aktywne i wciąż się przesuwa o 11-12 cm dziennie (a przy intensywnych opadach nawet 50-70 cm). Jego powstanie to jednak nie tylko dzieło ulew, a także cofania się jęzora lodowca. Ten podtrzymywał ściany, które nie mając odpowiedniego podparcia zwyczajnie rozpadły się. Sprzyja temu też cykl zmian stanu skupienia wody, która pozostając w skałach wielokrotnie to zamarza to topnieje doprowadzając do przyspieszonej erozji.

Dzisiejsze szlaki wiodące do lodowca nie są całkowicie otwarte. To właśnie efekt problemów z osuwiskiem. Co ciekawe, powstały one już w latach ’30 i ’40 XX wieku. Turystyka zaczęła się tutaj rozwijać dekadę wcześniej, kiedy bracia Sullivan założyli pierwszy hotel w dolinie – 40-pokojowy Fox Glacier Hostel, działający zresztą do dzisiaj.

W lesie deszczowym można także przejść się prostym, ale niesamowitym szlakiem Moraine Walk. Prócz tego, że wędrowcę otacza zachwycająca przyroda, to dokumentuje on granicę lodowca w kolejnych wiekach. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze w XVII w. sięgał on tak daleko!

To nasuwa także dość przerażającą wizję: do jakich strat doprowadzi działalność człowieka i postępujące zmiany klimatu w kolejnych latach? Lodowce są piękne, ale umierają w oczach… A z nimi umiera wielka część świata: pełnego niezwykłych zjawisk i oszałamiającego życia natury. Życia, które może być zaklęte nawet z lodowych jęzorach.

Przeczytaj także:
- aby wjechać do Nowej Zelandii trzeba się zarejestrować. Sprawdź, jak zrobić to krok po kroku;
- do Queenstown z miast w Nowej Zelandii najlepiej dostać się samolotem. Przeloty oferuje m.in. Air New Zealand. Możesz sprawdzić jak wygląda ich serwis na trasach krajowych.