Wloczykij-Vagabond

Miejsca znane i nieznane

O tym, jak bardzo rozczarowało mnie Lanzarote

Lanzarote było trzecią z wysp, które odwiedziłem w archipelagu Kanarów. Planowałem jeden dzień trekkingu i jeden dzień na wycieczkę na La Graciosę. I o ile to ostatnie okazało się strzałem w dziesiątkę, tak cała reszta mocno mnie rozczarowała.

Zaskakujące ceny i kiepska dostępność usług

Podczas całego swojego pobytu na Wyspach rezerwowałem hotele z dnia na dzień. Przeważnie ceny przyjemnie zaskakiwały, a wybór był bardzo duży. Dlatego pierwszym rozczarowaniem, jakie zgotowało mi Lanzarote był problem z dostępnością obiektów noclegowych. Wiele okazało się niedostępnych, a te, które swoje podwoje otworzyły, skorzystały ze swoistego monopolu jaki miały i podyktowały stawki zdaje się niewiele różniące od „normalnych” warunków. Mało tego, większość dostępnych jest jedynie w miasteczkach kurortowych typu Puerto del Carmen albo Costa Teguise. W stolicy wyspy nie działa jeden z najbardziej znanych Arrecife Gran Hotel & Spa. Dostępny jest drogi, jak na warunki, które prezentuje – hotel Lancelot. Zdecydowałem się na dość tani Miramar z przyjemnymi, choć skromnymi pokojami i dobrym śniadaniem.

Po przylocie, okazało się, że na wyspie komunikacja funkcjonuje w bardzo, ale to bardzo okrojonej wersji. Nawet autobus z lotniska jeździ wyjątkowo rzadko, trzeba zatem było zadowolić się taksówką. Pani w informacji turystycznej poleciła mi ewentualnie spacer ok. 6-km nadmorską promenadą. Byłoby to jednak trochę zbyt trudne ze względu na bagaże.

W mieście postanowiłem się udać do lokalnego biura informacji turystycznej. I tutaj kolejne zaskoczenie: mężczyzna, który mnie obsługiwał był wyjątkowo opryskliwy i nieprzyjemny. No i… nie dowiedziałem się nic, poza tym, że jest pandemia. Na pytania odnośnie dojazdu do parku Timanfaya dowiedziałem się, że nie mam szans się tam dostać bez własnego auta, a taksówka do Orzoli (skąd można dostać się na La Graciosę) kosztuje majątek (w rzeczywistości cena była dwa razy niższa niż mi powiedziano). Jedynym plusem było to, że przez przypadek zorientowałem się, że na angielskiej wersji strony lokalnego przewoźnika autobusowego (InterCityLanzarote) podane są błędne rozkłady jazdy. Żeby sprawdzić aktualne trzeba to zrobić spod hiszpańskiej strony.

Arrecife ładne na zdjęciach

Arrecife prezentuje się bardzo ładnie z odległości i na zdjęciach: jest białe, położone przy dużej plaży. W morze wychodzą ramiona dawnej twierdzy. I na tym koniec. Samo miasto nie jest zbyt ciekawe i nie ma zbyt wielu zabytków.

Wśród nielicznych miejsc wartych odwiedzenia jest kościółek p.w. Św. Genezjusza, patrona miasta. Pierwszy budynek został zniszczony przez powódź, dlatego w 1667 r. wzniesiono nowy, który i tak potem był wielokrotnie przebudowywany. Trzeba jednak przyznać, że na tle zabudowy prezentuje się ładnie.

Wielu odwiedzających kieruje się także na niewielki deptak handlowy. Nie ma tutaj jednak wielkich i wyjątkowych sklepów, poza jednym ciekawym, do którego warto zajrzeć. To warsztat pewnego artysty, który wykonuje cudeńka ze złomu i śmieci.

Przy ulicy handlowej znajdziemy bardzo ładny ratusz z 1739 r. Urządzane są w nim rozmaite wystawy. Ja trafiłem na bardzo ciekawą ekspozycję dokumentującą pracę i zmagania z rzeczywistością kanaryjskich kobiet.

Warto także wybrać się na spacer po dawnych fortyfikacjach. Castillo de San Gabriel został wybudowany w XVI w. z polecenia króla Filipa II. W ten sposób broniono się przed najazdami berberyjskimi. Swój obecny kształt zameczek przybrał w 1596 r., kiedy odbudowano go według projektu Włocha – Leonardo Torrianiego. Nie jest szczególnie duży ani okazały. Można do niego dojść falochronami od strony miejskiej promenady. Roztacza się stąd bardzo przyjemny widok na miasto. W Castillo de San Gabriel mieści się Muzeum Historyczne Arrecife, jednak ze względu na pandemię było ono podczas mojego pobytu zamknięte.

Otwarta była za to galeria Museo Internacional de Arte Contemporaneo Castillo de San Jose. Mieści się ono już poza ścisłym centrum miasta, w okolicach portu. Dojście do niego zajmuje dobre 30 min., a mija się częściowo odrestaurowane, a częściowo pełniące funkcję squatów budynki poprzemysłowe.

Samo MIAC (taka jest oficjalna skrótowa nazwa muzeum) powstało z inicjatywy jednego z najbardziej znanych lanzarotczyków – Cesara Manrique’a. Był on przede wszystkim artystą: architektem, rzeźbiarzem, malarzem. Jednak ważne miejsce w jego działalności zajmowała również ekologia. Jego prace wystawiane są przez najlepsze galerie na świecie (m.in. Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku). Także placówka w Arrefice może poszczycić się kilkoma jego pracami. Nie jest ich jednak zbyt wiele, co było dla mnie dość rozczarowujące, bo jako miłośnik sztuki współczesnej liczyłem na więcej…

Nie-trekking w parku Timanfaya

Park Timanfaya to bez wątpienia wizytówka wyspy. Zajmuje niemały obszar 51 km kw. Jego alternatywna nazwa to „Góry Ognia”. O tym, że przybywa się do miejsca wyjątkowego można domyślić się w chwili wjazdu w tę część wyspy. Zaraz za miejscowością Yaiza krajobraz zmienia się: z dominujących piasków, ochry i brązów, terenów o łagodnych wzgórzach, na których gdzieniegdzie pojawiają się rośliny, wjeżdża się na inną planetę. Planetę czarnej zastygłej lawy, żwiru, powykręcanych magmowych warkoczy i setek kraterów, uwieńczonych wianuszkami czerwieni i żółci. Obraz iście piekielny. Podkreśla to logo parku zaprojektowane przez Manrique’a. Jest nim ogoniasty diabeł.

Aby się tutaj dostać trzeba się trochę natrudzić. Jest do wyboru kilka opcji: pierwsza: wypożyczyć samochód, który można zaparkować na parkingu, który przynależy do kompleksu parkowego. Druga opcja – to zorganizowana wycieczka taksówką (ok. 80 euro za sam dowóz w tą i z powrotem). Trzecia opcja: dowóz pod bramę parku, a następnie powrót na własną rękę. Wybrałem tę trzecią opcję. Oczywiście o mały włos, a dałbym się oszukać. 80 euro za taksówkę w obie strony, to dość uczciwa cena, zwłaszcza że kierowca poczeka na nas, aż skończymy zwiedzanie. I płaci się tyle za całe auto (do 4 osób). Ja uparłem się, że chcę przejechać tylko w jedną stronę. Wtedy taryfiarz zaproponował za przejazd 45 euro bez taksometru. Kiedy powiedziałem, że chcę jechać z licznikiem, powiedział, że może być drożej. Wiedziałem jednak, że to kłamstwo. Ostatecznie przejazd z Arrecife do bramy wjazdowej do rezerwatu kosztował… 37 euro. Międzyczasie cena przejazdu w obie strony spadła do 70 euro…

Od bramy wjazdowej do początku „szlaku” idzie się ok. 20 min. pieszo. Większość przyjeżdża samochodami, ale warto się przespacerować, bo widoki na pola lawy są olśniewające. Poza tym, jak się okaże to jedyny moment, kiedy te niezwykłe miejsca można podziwiać bezpośrednio, z poziomu drogi.

Kiedy dotarłem do Islote de Hilario okazało się, że to niewielki punkt obsługi podróżnych (bilety wstępu kupuje się przy bramie wjazdowej – na praktyczne informacje poświęcę wkrótce osobny, porządkujący wpis). Jest tu sklepik z pamiątkami, elegancka i bardzo droga restauracja, w której do gotowania używa się energię, która czai się kilkadziesiąt centymetrów pod ziemią. Tutaj też wyznaczono parking dla autobusów i punkt pokazowy, jak bardzo gorące jest wnętrze Timanfaya. Sama demonstracja jest ciekawa i ma dwa eksperymenty. Pierwszy polega na wrzuceniu suchych roślin do ok. 2-metrowego dołu. Po kilku chwilach zaczyna się wydobywać z nich dym, by po kilku kolejnych zajęły się żywym ogniem. To prawda, temperatura zaledwie kilka metrów pod ziemią sięga już 400 stopni Celsjusza. Drugi pokaz polega na wlewaniu wiadra wody do specjalnych tub zakopanych w podłożu. Po 3 sekundach bucha z nich para.

Tutaj jednak zaczęło się moje największe rozczarowanie. Byłem bowiem przygotowany na 10-kilometrowy trekking. Zacząłem szukać wyjścia na szlak, ale moje zwątpienie rosło z chwilą, kiedy jeden po drugim odjeżdżały autokary. Wcześniej ustawiały się do nich kolejki. Zapytałem więc miejscową przewodniczkę, czy jest możliwe przejście samodzielnie pętli. Powiedziała, że nie. Jedyny sposób na zobaczenie parku to właśnie ok. 45-min. przejazd. Mogę jednak przyjść wieczorem, kiedy obsługi już nie ma i zaryzykować 150 euro mandatu, ale spróbować obejść szlak na nogach.

Zawiodłem się, liczyłem bowiem na co innego. Zrezygnowany wsiadłem do autokaru. Na szczęście udało się jeszcze złapać miejsce przy oknie, inaczej cała wyprawa byłaby zupełnie bezcelowa. Ruszyliśmy. Głos z głośników sączył komunikaty po hiszpańsku, angielsku i niemiecku. Akompaniowało temu Requiem Mozarta. Trochę ubogo i nieciekawie, a przede wszystkim pachniało tanią komerchą. Widoki w kilku miejscach były interesujące, ale wciąż, było to dla mnie przysłowiowe lizanie lizaka przez szybę…

Na marginesie dodam, że przejazd trwał w rzeczywistości ok. 35 min. Co ciekawe jeszcze 10 lat temu całą pętlę można było obejść. Autokary pojawiły się z chwilą komercjalizacji parku. Z jednej strony słusznie chroniono bezcenne dzieło natury przed naporem turystów, którzy często nie szanują wyznaczonego traktu, zaśmiecają i niszczą środowisko. Z drugiej strony na dukty wylano asfalt, po czym wypuszczono na nie paliwożerne i smrodzące autobusy…

Inną popularną, choć dla mnie dość żenującą atrakcją, jest przejażdżka na wielbłądzie po króciutkiej, wyznaczonej w głębi pola lawy ścieżce. Obejrzałem to „zjawisko” z okien autokaru i wyrobiłem sobie dość jednoznaczną i oczywistą opinię. Zastanawia mnie, że w dobie mówienia o ekologii, o prawach zwierząt wciąż dopuszcza się do takich procederów. Co ciekawe nie dzieje się on tylko pod Tatrami. A sięga jak świat duży i szeroki.

Z parku Timanfaya ruszyłem drogą do miejscowości Mancha Blanca, skąd miałem wrócić do Arrecife autobusem. Międzyczasie okazało się, że mija się ładne krajobrazy, można wejść także na jeden niewysoki wulkan (oczywiście dziką ścieżką).

Niemal przez samym Mancha Blanca jest także wyjście na szlak prowadzący do Montana Blanca. Jest to szlak typu „go&back”. To bardziej ścieżka edukacyjna, niż typowy trakt trekkingowy. Niestety, nie miałem już czasu żeby go przejść w całości, zagłębiłem się zatem do połowy i wróciłem. Ale z różnych źródeł wiem, że nie straciłem zbyt wiele.

Czy było coś dobrego?

Tak, było coś dobrego. To wyprawa na La Graciosę. Ale o tym opowiem w osobnym wpisie.

Please follow and like us:

Next Post

Previous Post

1 Comment

  1. PeterD 21 września 2020

    Czesc, wrzuce moje dwa grosze. Niewatpliwie jestes doswiadczonym „objezyswiatem” jednak niesolidnie przygotowales sie na zwiedzanie Lanzarote. Rowiez wyscig z zadyszka po tej wspanialej wyspie nie jest dobrym pomyslem. Wiemy wszyscy ze hiszpanie sa niefrasobliwi, glosni, powierzchowni ale przy tym otwarci dla innych, przyjacielscy i bardzo zyczliwi. Z Twojej wypowiedzi wynika ze miales po prostu pecha napotykajac niezadowolonych ze swojej sytuacji mieszkancow. Opisales tutaj typowe komercjalne miejsca na wyspie do ktorych zapedza sie wszystkich turystow z betonowych hoteli. Moim zdaniem chcac sie wypowiadac na temat jakiegos miejsca na swiecie, nalezy oderwac sie od swiata hotelowego. Wszystkie hotele na calym swiecie wygladaja tak samo, Nie nalezy zapominac ze wyspy kanaryjskie sa jednym z najbiedniejszych prowincji hiszpani i turystyka wysp jest w rekach koncernow turystycznych. Biegnac z zadyszka przez wyspie i obserwujac zycie na Lanzarote przez okno taksowki lub turystycznego autobusu wydaje mi sie ze nie masz ograniczone prwo wypowiadania sie autorytatywnie na temat Lanzarote. Przed laty mialem to szczescie i osobiscie poznalem w niemczech Cesar Manrique. Oboje bylismy fanami Borussi Mönchengladbach. Wprawdzie nadmieniles krotko jego wplyw na Lanzarote jednak te informacje sa bardzo lapidalne i nie oddaja dzialalnosci tego wspanialego i kontrowersyjnego czlowieka. Wlasnie idac jego tropem po wyspie napotkasz wspaniale miejsca o ktorych nawet nie wspomniales w swoim tekscie. Dlatego jestem przekonany ze bedac indywidulnym turysta, albo solidnie przygotowuje sie do odwiedzenia danego miejsca albo korzystac z wiedzy mieszkancow. Na wypie jest paru polskich przewodnikow ktorzy proponuja indywidualne zwiedzanie wyspy. Twoje oczekiwania na przezycia kulturowe na wyspach kanaryjskich sa z zalozenia bledne. To nie sa Barcelona, Paryz czy Lisbona. Juz sam przedzial cenowy podrozy na wyspy swiadczy o klienteli tego regionu. WYspy sa odwiedzane przez srednia klase spoleczna krajow zachodnich, gdzie wydanie 2000€ na urlop nie sprawia wiekszego problemu. Rowniez propozycje na wyspach ustawione sa dla tej klienteli. Szukajac czegos innego trzeba sie troche z „okna wychylic” a nie pchac sie autobusem do parku Timanfaya. Znam wszystkie osiem wysp i wszystkie maja dla mnie swoj niepowtarzalny charakter. Pozdrowienia Peter Damijan Mönchengladbach/ Niemcy i La Pared / Fuerteventura

Leave a Reply

© 2020 Wloczykij-Vagabond

Theme by Anders Norén