Wloczykij-Vagabond

Miejsca znane i nieznane

Rajskie Fidżi?

Podróż z Polski na Fidżi to nie lada wyzwanie. Odległość jest na tyle duża, że w zasadzie można podejść i od wschodu i od zachodu. Czas wyjdzie mniej więcej podobny – trzeba się liczyć z jedną długa przesiadką w Ameryce Północnej lub Azji. Łącznie podróż wyniesie między 33 a 40 godzin. Czy warto poświęcić taki kawał czasu żeby się tam dostać?

Zachód słońca na Taveuni

Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Fidżi ma wiele do zaoferowania. Jednak specyficzny rodzaj odwiedzających znacznie wpłynął i na lokalny sposób postrzegania turystyki i na sposób postrzegania przybyszów. Ten kraj w Oceanii uważany jest jako jeden z bezpieczniejszych i najbardziej przyjaznych w regionie. Ma dobrze ukształtowaną infrastrukturę. Najchętniej wybierają go Amerykanie, Kanadyjczycy, Japończycy, Australijczycy i Nowozelandczycy. W Europie wciąż pozostaje kierunkiem niszowym.

Co za tym idzie – jest przede wszystkim drogo. Po drugie tutejsze atrakcje skrojone są na miarę przeciętnego turysty, który tutaj przybywa: ma być prosto, wesoło, bezstresowo i niemęcząco. Wszystko zostanie podane na tacy. Przaśność jest obecna niemal od samego przyjazdu, kiedy pasażerów przylatujących o 5 rano w hali odpraw paszportowych wita trzyosobowy zespół muzyczny, hałasujący tak bardzo że aby porozmawiać z celnikiem trzeba wychylać się do celnika żeby cokolwiek usłyszeć.

Mieszkańcy są przyjaźni i nastawieni życzliwie. Ale przygotuj się, że większość z nich potraktuje Cię jak chodzący bankomat. Dosłownie i w przenośni. Niektórzy spróbują wyciągnąć pieniądze oferując rozmaite usługi (od pamiątek po masaże). Inni zajrzą dosłownie do Twojego portfela i wyciągną sobie z niego banknoty. Mnie spotkało to w hotelu: podczas nieobecności (byłem akurat na kolacji) ukradziono pewną sumę pieniędzy wprost z sejfu. I jak się potem okazało – takie sytuacje to nic szczególnego, a ofiarami padają przeważnie turyści tacy jak ja – podróżujący samotnie. O tym hotelu – Garden Island Taveuni – możecie przeczytać w osobnym wpisie.

Fidżyjskie miasta nie porywają. Jedne z największych – Nadi (w którym lądują wszyscy przybywający) i Suva (stolica) mają niewiele do zaoferowania. Można je obejść w kilka godzin (albo kilkadziesiąt minut). W Nadi najbardziej męczące będzie ciągłe nagabywanie przez przedstawicieli biur podróży i sprzedawców pamiątek. W Suvie – przez sprzedawców trawki. Z resztą w stolicy trzeba uważać, przestrzega się o tym nawet w hotelach.

Świątynia Sri Siva Subramaniya w Nadi

Dobrze. Skoro było tyle negatywów, czas w końcu znaleźć jakieś pozytywy. Największym atutem Fidżi jest przyroda. Przyroda, która wciąż próbuje wygrać tutaj z człowiekiem i mimo usilnych starań tego drugiego – naturze udaje się tutaj wygrać. Tutejsza przyroda to magiczny śpiew ptaków, intensywne kolory oraz fantazyjne ukształtowanie terenu. Trzeba odbyć choć jeden przelot mikroskopijnym samolotem, jaki lata na tutejszych trasach krajowych (o tym też kiedyś będzie) żeby zobaczyć jak ten zakątek świata wygląda z góry. Żeby podziwiać atole, maleńkie tropikalne wysepki i wystające nad lustro wody skałki.

Intensywność kolorów jest tutaj zaskakująca. Najpierw jest zieleń w tysiącach odcieni i tonacji, które zmieniają się zależnie od pory dnia. Potem błękit: oceanu i nieba. W końcu feeria barw kwiatów.

Ogrody Śpiącego Giganta

No i jest magiczna rafa koralowa.  Podwodny świat wydaje się zupełnie inną planetą. Z własną grawitacją, która spowalnia ruchy, ale jeśli się dobrze zebrać w sobie, to jeden krok pozwala przenieść się daleko. Na planecie tej toczy się życie, którego sekretny taniec z pozoru chaotyczny, pełen jest niuansów i gestów, które rozumieją tylko tańczący. Mieszkańcy tej planety mają barwne stroje, często są niemal przeźroczyści, że ciężko odróżnić ich od otoczenia. Inni przywdziali suknie jaskrawe, inni połyskują tęczowo w promieniach przebijających się przez membranę wody oddzielającą dwa światy. Inni kryją się gdzieś w domkach z ukwiałów – tych pomysłowych architektów, tworzących „z natury”. Niektóre z nich przypominają odsłonięte mózgi, inne straszne potwory z rozdziawionymi paszczami, z których co chwila łypie na Ciebie czyjeś oko. I tylko ten ekstatyczny, ludyczny taniec, tak subtelny i piękny. Taniec zbiorowy w falujących, wielkich i barwnych grupach, czasem w duetach, z synchronicznym wyczuciem partnera, a czasem solo – wokół sobie wiadomego centrum, centrum lokalnego wszechświata.

Czy zatem warto pojechać na Fidżi? Ja sam sobie nie umiem odpowiedzieć, czy było warto. Wszystko zależy od tego co chce się tam zobaczyć. Lubicie przyrodę, nurkowanie i macie większe fundusze – to kierunek zdecydowanie dla Was. Lubicie spędzać czas w kurortach i macie większe fundusze – świetny pomysł na wakacje. Lubicie czynny wypoczynek, zwiedzanie miast, należycie do grupy turystów z mniejszym budżetem – doradzam szukać czegoś innego.

Wodospady w okolicy wioski Abaca na wyspie Viti Levu

Dla mnie Fidżi pozostanie krajem pięknym, egzotycznym i ciekawym. Nigdy nie byłem na Hawajach, a jeśli miałbym sobie je jakoś wyobrazić przez pryzmat dotychczasowych doświadczeń, to pewnie Fidżi będzie takimi „małymi Hawajami”. A to, czy ktoś taki klimat lubi – to już inna sprawa. Ja raczej już tutaj nie wrócę i poszukam czegoś mniej skomercjalizowanego.

Please follow and like us:

Previous Post

Leave a Reply

© 2020 Wloczykij-Vagabond

Theme by Anders Norén