Połączenie LOT-u z Warszawy do Los Angeles zostało otwarte 3 kwietnia 2017 r. Stało się wtedy najdłuższą trasą w siatce przewoźnika (dzisiaj wprawdzie dłuższe są loty do Seulu i Tokio, ale tylko ze względu na fakt zamknięcia trasy transsyberyjskiej). W początkowej fazie podróże oferowane były 4 razy w tygodniu, często zawieszane w okresie zimowym. Od kilku lat boegingi 787 Dreamliner latają między miastami w szczycie sezonu letniego codziennie. Sprawdźcie, jak wyglądała moja podróż z polskiej stolicy do Miasta Aniołów.

Kilka słów o historii połączenia do LAX
LOT ogłosił nowe połączenie w październiku 2016 r. Był to jeden z elementów nowej strategii przewoźnika, który rok wcześniej oficjalnie zakończył proces restrukturyzacji. Najpierw ruszył szereg nowych połączeń europejskich oraz nowe trasy do Azji (Tokio i Seul). W kolejnej fazie zdecydowano się na rozwój połączeń transatlantyckich, w tym do Los Angeles.
Co ciekawe, Miasto Aniołów było już wcześniej w siatce LOT-u. Z dostępnych źródeł wynika, że linia latała tam już w latach ’80 XX w., chociaż najprawdopodobniej w formule czarterowej. Wtedy pasażerów woziły nad Pacyfik Iły 62M.

W XXI w. trasa do Los Angeles okazała się dla przewoźnika dość trudna. Nie było to w sumie coś, czego nie przewidziano. W największym mieście Kalifornii jest ogromna konkurencja innych linii europejskich i amerykańskich, z których niektóre między swoimi hubami latają nawet dwa razy dziennie. Do tego dochodzi duże znaczenie porozumień typu joint-venture (zwłaszcza w ramach Star Alliance – United i Lufthansy czy OneWorld – British Airways i American Airlines). Początkowo LOT oferował także niefortunny rozkład lotów, który utrudniał przesiadki w Warszawie. Wszystkie te elementy doprowadziły do tego, że trasę zaczęto zawieszać na zimę (głównie w okresie od połowy stycznia do końca marca, kiedy ruch relatywnie jest najniższy).
W kolejnych latach dążono do rozwoju połączenia. W 2020 r. planowanych było aż 11 rotacji tygodniowo. Zamierzano też otworzyć połączenie do San Francisco. Obie trasy – według deklaracji przewoźnika – nie miałyby się kanibalizować, ale stanowić dwa niezależne byty lub się uzupełniać. Kres tym planom położyła pandemia.
Po dobie koronawirusowych perturbacji trasa do LA ruszyła jako ostatnia z połączeń do USA, bo w marcu 2022 r. Była też wstrzymywana na okresy zimowe. Dopiero od 2025 roku dostępna jest bez przerwy. W podstawowym wariancie LOT lata 4 razy w tygodniu (w kwietniu, maju i od października także przez cały przyszły sezon zimowy. Codziennie samoloty mają latać miedzy Warszawą a największym miastem Kalifornii od czerwca do sierpnia, a 6 razy w tygodniu we wrześniu.
Jak kupiłem bilet
Bilet do Los Angeles kupiłem za mile w ramach programu Miles and More. Obowiązywały wtedy jeszcze „stare” stawki, a sprzedaż biletów-nagród nie była jeszcze dynamiczna. Ten system sprzedaży wprowadzony został w czerwcu 2025 r. Wtedy na koszt przelotu składało się 30 tys. mil i niewielka dopłata – ok. 400 zł. Warto też dodać, że do tego dochodził jeszcze odcinek krajowy z Gdańska do Warszawy.

Podczas rezerwacji za mile nie mogłem wybrać jednak kilku ważnych elementów podróży: nie był możliwy wybór miejsca ani posiłek specjalny. Pierwszej z czynności dokonałem po otrzymaniu numeru PNR. Okazało się, że bilet zakodowany był w najwyższej taryfie ekonomicznej, dzięki czemu mogłem za darmo wybrać także bardziej wygodne siedzenia – np. przy wyjściu awaryjnym. Na takie się właśnie zdecydowałem – na długi, blisko 12-godzinny rejs miałem dzięki temu dużo miejsca na nogi. Posiłek specjalny (lakto-wegetariański) zarezerwowałem z kolei bezpłatnie dzwoniąc na infolinię LOT-u.
Przesiadka w Warszawie
Wylot zaplanowany miałem z Gdańska przed godz. 9:00 rano. Zjawiłem się z odpowiednim wyprzedzeniem przy stanowisku odprawy LOT-u w porcie im. Lecha Wałęsy. Tam szybko nadano mi walizkę od razu do portu docelowego, jakim było Los Angeles. Podczas przesiadki w stolicy z walizką nie musiałem robić już nic – została ona przetransferowana automatycznie.

Odcinek krajowy wyglądał standardowo. W podróż zabrał nas embraer E175 o znakach rejestracyjnych SP-LIL. Zająłem swoje miejsce przy oknie. Nawet podczas tak krótkiego lotu zaserwowano przyjemny poczęstunek w postaci słodkiej drożdżówki i wody (do wyboru gazowana lub bez bąbelków).

W Warszawie wylądowaliśmy punktualnie. Miałem – zgodnie z planem – godzinę i 20 min. na przesiadkę. Od razu udałem się zatem do kontroli paszportowej. Tutaj poszło wszystko sprawnie (skorzystałem z bramki automatycznej). Następnie – zgodnie z wymogami podróży do USA – trzeba jeszcze zgłosić się do specjalnego stanowiska, w którym sprawdzane są dokumenty podróżne. Nie musiałem przechodzić dodatkowej kontroli bezpieczeństwa, ale zarówno paszport jak i sama karta zostały jeszcze raz obejrzane. Pracowniczka przystawiła także pieczątki. Cały proces był bardzo sprawny. Wszystkie procedury od momentu wyjścia z samolotu w Warszawie zajęły ok. 20 min.
Mogłem się udać do lounge (jako Frequent Flyer mam taki przywilej). W strefie Non-Schengen pasażerowie LOT-u mogą skorzystać z niewielkiego saloniku „Mazurek”. Przed falami wylotów za ocean jest w nim dość tłoczno, ale miejsc nie brakuje. Jak zwykle można liczyć też na dobry i urozmaicony catering. Międzyczasie okazało się, że rejs do Los Angeles się nieco opóźni, zatem w poczekalni spędziłem godzinę, nim udałem się pod właściwy gate.

Wsiadanie na pokład i powitanie
Boarding rozpoczął się z opóźnieniem ok. 45 min. Był on prowadzony strefami: kolejne grupy pasażerów wzywane były do wsiadania na pokład. Numer określony był na karcie pokładowej. Ja nie musiałem czekać nazbyt długo: jako że zajmowałem miejsce przy oknie i w wyjściu awaryjnym byłem wpuszczony w stosunkowo wcześnie.

Zgodnie z wymaganiami mojego miejsca cały bagaż podręczny musiałem umieścić w schowku. Układ siedzeń w Dreamlinerze w klasie ekonomicznej w LOT, nie odbiega od standardu. W każdym rzędzie jest po 9 foteli o układzie 3+3+3. Siedzenia przy wejściu awaryjnym mają więcej miejsca na nogi, ale niestety mniej wygodne są podłokietniki, które się nie składają i mają sztywną, stałą konstrukcję. Wynika to z faktu, że umieszczone są w nich stoliki i ekrany systemu rozrywki.

Wszyscy pasażerowie mieli na swoich fotelach zestaw w postaci kocyka i małej poduszki. Ja swoją znalazłem w schowku nad głową. To bardzo sprytne rozwiązanie. Po ich wyjęciu mogłem włożyć od razu swoje rzeczy w to miejsce.

Krótko po starcie rozdane zostały chusteczki odkażające i zestaw jednorazowych słuchawek.

Przelot
Trwający blisko dwanaście godzin lot minął przyjemnie. Nieco ponad godzinę po starcie rozpoczęto serwowanie obiadu. Do wyboru dla wszystkich były dwa dania: kurczak i makaron. Ja zamówiłem już wcześniej posiłek wegetariański, zatem zaserwowano mi inne menu. Na przystawkę znalazłem grillowaną cukinię i bakłażana z kotlecikiem warzywnym i pieczywem. Daniem głównym była potrawka z soczewicy w stylu azjatyckim, mieszany ryż oraz blanszowane brokuły. Na deser owoce sezonowe (kiwi i winogrona). Wygląd dania nie był może specjalnie atrakcyjny, ale smak bardzo dobry. LOT stosuje także jednorazowe drewniane sztućce – nie jest to moje ulubione rozwiązanie, nie lubię jeść widelcami ani łyżką wykonanymi z tego materiału, ale z pewnością lepsze to niż plastik i lżejsze niż metal.

Po zakończeniu posiłku obsługa zebrała tacki, przy okazji oferując jeszcze ciepłe napoje i wodę. Nie zdecydowałem się na żadną z tych opcji. Postanowiłem za to przejrzeć system rozrywki. Nie jest on bardzo rozbudowany: znajduje się nieco aktualnych hitów, trochę przebojów kinowych oraz polskie filmy (zarówno najnowsze jak i należące już do kanonu światowego). Do tego muzyka (w tym dużo polskiej klasyki), podstawowe gry. Jest także dział dla dzieci.

W trakcie lotu w kuchni usytuowanej w ogonie samolotu można było poprosić o coś do picia (także lekkie alkohole) oraz wziąć jakąś drobną przekąskę (drożdżówkę Putki, batonik czekoladowy lub orzeszki). Podczas lotu stewardessy także roznosiły napoje i proponowały wszystkim pasażerom.
W trakcie rejsu z chęcią śledziłem zmieniający się krajobraz za oknem. Trasa wiodła nad Islandią, Grenlandią, Zatoką Hudsona, by do USA wlecieć od strony kanadyjskiego Saskatchewan. Potem przelecieliśmy nad stanami centralnymi w kierunku południowo-zachodnim (trasa wiodła m.in. nad Salt Lake City).

Na około dwie godziny przed lądowaniem. Zaserwowany został drugi ciepły posiłek. Tym razem dostałem naleśniki z twarożkiem na waniliowym sosie. Do tego – na deser – melon posypany wiórkami czekolady. Do tego wybór ciepłych i zimnych napoi.

Po przylocie: podsumowanie
Lądowanie w Los Angeles nastąpiło zgodnie z rozkładem. Oznacza to, że samolot nadrobił blisko godzinne opóźnienie złapane na wylocie z Warszawy. Maszynę pasażerowie opuszczali sprawnie. Następnie wszyscy musieli się udać do odprawy paszportowej i celnej. Formalności poszły nadzwyczaj szybko: w kolejce nie stałem dłużej niż 30 min. Po wyjściu na halę odbioru bagażu, okazało się na karuzeli właśnie zaczynają pojawiać się walizki z rejsu LO21. Niebawem na taśmie zjawiła się także moja. Po jej odebraniu udałem się w kierunku wyjścia. Kontrola celna mnie ominęła.

Cały blisko 12-godzinny rejs minął mi bardzo dobrze. Sympatyczna obsługa kabinowa była bardzo pomocna i kontaktowa na każdym etapie lotu. Uciąłem sobie między innymi przemiłą pogawędkę ze stewardessą, która siedziała na miejscu naprzeciw mnie. Na duży plus zasługuje także bardzo smaczne jedzenie i dwa ciepłe, pełne posiłki, co znacząco odbiera typowych rozwiązań w liniach europejskich. Dla przykładu w Lufthansie czy SASie podczas podobnie długo trwającej podróży jako drugi serwis otrzymuje się w klasie ekonomicznej kanapeczkę i coś do picia. Podobnie także w KLM.

Wygodne są także lotowskie Dreamlinery. Bardzo lubię nimi latać (zdecydowanie bardziej niż airbusami A350). Miejsca na nogi jest dosyć (nawet w rzędach bez wyjść awaryjnych). Jedynym aspektem, który trochę rozczarowuje jest mocno przestarzały interfejs systemu rozrywki i ogólnie mało imponująca jego zawartość. Można to jednak jakoś przeboleć.
Ogólnie moje doświadczenie z pokładu LOT-u na trasie z Warszawy do Los Angeles oceniam bardzo pozytywnie. Mogę także śmiało polecić podróż naszym przewoźnikiem. Ciągle trzyma on poziom, w odróżnieniu od wielu europejskich odpowiedników na czele z Lufthansą.

Przeczytaj także:
- lecisz do USA? Przyda Ci się ESTA. Sprawdź jak ją zdobyć krok po kroku;
- przesiadka w Los Angeles? Z moim przewodnikiem jest niestraszna! Koniecznie przeczytaj!
- recenzja z mojej inne podróży z Gdańska do USA – tym razem na pokładzie SAS-u – dostępna jest tutaj;
- potrzebujesz noclegu w okolicy Lotniska Chopina? Polecam Holiday Inn Express Warszawa Mokotów.