Wloczykij-Vagabond

Miejsca znane i nieznane

Dlaczego pokochałem Azory

Azory. Niezwykłe wyspy, rzucone gdzieś na Atlantyk. Niemal wpół drogi między Europą a Ameryką. Położone na styku kultur, styku płyt tektonicznych, styku mas powietrza. Życie kształtuje tutaj natura: to dzięki ruchom skorupy ziemskiej te skrawki lądu wyłoniły się z oceanu. Przyroda niestrudzenie, swoimi niewidzialnymi dłutami wiatru, wody, lawy i słońca rzeźbiła ich kształt. Proces artystycznego tworzenia trwa nieustannie. Ludzie, którzy tutaj się zjawili nigdy nie przejęli dominacji. Na Azorach człowiek i otoczenie żyją w symbiozie, czerpiąc od siebie nawzajem. Mieszkańcy nauczyli się egzystować w cieniu zagrożeń jakimi są trzęsienia ziemi czy wybuchy wulkanu. Ale otrzymują w zamian kilka skarbów. Być może dlatego, tak wielu odnalazło tutaj swoją Atlantydę.

Szlak na Monte Brasil na Tereceirze

Zieleń

Kolor nadziei. Uspokaja i koi. A tutaj zielono jest przez cały rok. I może dlatego ludzie, którzy żyją także na najmniejszej z wysp – Corvo – która jest jest jednym z najmniejszych zamieszkanych skrawów lądu na Ziemi – są spokojni i mają w sobie tyle optymizmu.

Zieleń bucha z trawiastych zboczy wysokich gór i kalder wygasłych wulkanów. Jest świeża: jak dzisiaj, to co obserwuję w majowym oknie. Zieleń poprzecinana kwiatami, które nawet w lutym rosną tu i ówdzie. Widziałem biel lilii, które rosną przy drogach, w rowach, a u nas stanowią cenny kwiat cięty. Taki, który towarzyszy w ostatniej drodze, ale pojawia się też w bukietach panien młodych.

Podobno Flores – druga z najmniejszych wysp archipelagu – rozkwita od maja do lipca i mieni się już nie tylko zieleni, ale całą tęczą barw.

W lutym większość magicznych zielonych miejsc ma się tylko dla siebie. Można do woli, w samotności kontemplować otoczenie. Czasem towarzyszem wędrówek są krowy – lokalny klejnot i jedno z najważniejszych dóbr, z których słyną wyspy.

Ptaki

Azory ze względu na swoje unikalne położenie stały się ważnym punktem dla naszych skrzydlatych przyjaciół. Często robią sobie oni tutaj przystanki podczas swoich międzykontynentalnych wędrówek, w które od wieków pchają ich instynkty.

Niektóre niemal nie boją się ludzi i patrząc zadziornie, jak na intruzów przecinają ich ścieżki. Inne – uciekają w popłochu, szukając schronienia w wydrążonych w klifach gniazdach.

No i niemal wszystkie śpiewają. Czasem to jedyny dźwięk obok szumu wiatru i morza, który można usłyszeć podczas samotnej wędrówki. Nieraz wśród zupełnej ciszy słychać rozdzierający krzyk mewy, a czasem w gąszczu drzew nad wodospadem, pojawia się dyskretne ćwierkanie.

Widoki

Wspinaczka bywa męcząca. Szlak wiedzie serpentyną ostro w górę. Po 20 minutach powoli zaczyna brakować tchu. Trzeba zrobić przerwę i przystanąć, uspokoić oddech. Można w końcu także przestać obserwować ścieżkę i objąć wzrokiem widok. Horyzont zamyka morze, ostro odbijające światło słońca. Im bliżej wyspy, tym staje się ono coraz bardziej niespokojne. W końcu, na styku wody i lądu, ocean toczy wściekle pianę, fale kąsają niewzruszone skały. Jakby bóg głębin chciał zabrać sobie to, co mu odebrano.

Widok na Fajã Grande

Na lądzie toczy się życie mniej dramatyczne. Widać wyznaczone ostrokołami poletka. Pojedyncze ledwie widoczne ruchome punkty to zwierzęta hodowlane – przeważnie krowy, rzadziej konie. Kiedy w drodze powrotnej będę przechodził koło nich, będą zerkały swoimi ufno-przestraszonymi oczyma i podzwaniały na mnie swoimi uczepionymi u szyi dzwonkami.

Na górze czekają inne atrakcje. Z głębi kalder błyskają oka jezior. Lagoa Branca – łypie na biało-żółto, Lagoa Negro – na czarno, Lagoa Seco – świeci ślepo, wyschniętym oczodołem. Ponieważ zebrało się trochę chmur, krajobraz nabrał nieco grozy. Wiatr smaga po twarzy.

Lagoa Seco

Wyspa Flores ma oryginalną budową. Kojarzy mi się trochę z miską albo wanną, którą przytwierdzono do wystającego ponad podłogę podestu. Jeśli nie możecie sobie tego wyobrazić, to spróbuję to opisać. Podłoga – to ocean. Podest – to otaczający wystrzelające ściany wanny – niemal idealnie płaski teren nabrzeża. Tutaj pobudowano osady.

Ściany wanny pną się ostro do górę, by znów zapadać się we wnętrzu wyspy. Woda się z tej wanny wylewa w wielu miejscach. Po zielonych ścianach spływają wodospady. W okolicy osady Fajã Grande naliczyłem ich blisko 20. A ponoć w deszczowe dni jest jeszcze więcej. Kiedy wieje od Atlantyku, woda czasem nawet nie spada na ziemię, wiatr rozprasza kropelki, w słońcu tworzą się piękne tęcze.

Spokój

Podobno Azory przestają być spokojne w sezonie. Ale nawet w tym okresie turyści skupiają się przede wszystkim na dwóch głównych wyspach – Terceirze i São Miguel. Pozostałe – pozostają względnie ciche. Ostatecznie samoloty, które na nie kursują mają ograniczoną liczbę miejsc. Podobnie jak i promy. Można zatem przez cały rok zaznać spokoju.

Lądowanie i port w Vila do Corvo

W lutym było wyjątkowo. Trafiła się dobra pogoda. Padało tylko jeden dzień. I miałem dla siebie słońce i spokój. Na Corvo, kiedy wędrowałem po wyspie i kalderze byłem jedyny. Kiedy okrążałem wnętrze wygasłego wulkanu, po blisko dwugodzinnej wędrówce postanowiłem zrobić sobie przystanek. Miałem w plecaku termos z herbatą z imbirem i zakupione w jedynej na wyspie piekarni świeże bułeczki. Wtedy też ujrzałem pierwszych turystów. Podjechali autem na skraj krateru. Zastanawiałem się, czy zaczną schodzić. Nie. Po kilku minutach odjechali.

Taka sama cisza i spokój panowały na Flores. Tutaj byłem zupełnie sam. Na ścieżce nie spotkałem nikogo. Dopiero potem, w Fajã Grande poznałem dwóch Niemców, którzy mnie zwyczajnie zagadali. Następnie spotkaliśmy się na kolacji w jedynej otwartej w tym czasie restauracji. Wtedy okazało się, że jeden z nich kupił tutaj domek, który odrestaurowuje z pomocą gospodarza, u którego – jak się znów okazało – wynajmowałem pokój. Świat zmniejszył się wtedy jeszcze bardziej.

Poço Ribeira do Ferreiro (Alahoinha)

Nawet miasta wydały się ciche. Nie ma tutaj wielkiego ruchu. No, może poza Ponta Delgada, gdzie w końcu powstał pierwszy w archipelagu McDonald’s. Wszystko jest kameralne. Niewysokie budynki, dość wąskie uliczki, przyjemne kościółki – nawet te, które powstały w dziękczynieniu. Mało komu się spieszy, nikt nikogo nie pogania. Życie idzie do przodu nieśpiesznie. Na najmniejszych wyspach mierzone jest przylotem samolotu – jak na Corvo – trzy lub cztery razy w tygodniu.

Ludzie

W takich społecznościach trudno utrzymać tajemnice. Znają się wszyscy. Nawet turysta po pewnym czasie staje się trochę swój. Ktoś kiwnie głową na przywitanie, kelnerka pozna cię w restauracji i zapyta czy podać to samo piwo co wczoraj, w sklepie polecą specjalność, a piekarz dorzuci ekstra jedną bułeczkę. Octavio, u którego nocowałem w Fajã Grande, odwożąc mnie na lotnisko powiedział, że jego sąsiad mówił, że widział mnie jak pomykam po drodze do wodospadu Poço Ribeira do Ferreiro (Alahoinha). Jestem szybki, bo chwilę wcześniej widział mnie u niego w domu.

Uliczka Angra do Heroísmo

Na Corvo, taksówkarz, który zawiózł mnie na początek szlaku, nie miał jak wydać reszty. Powiedział, że nie ma sprawy – mam zostawić właścicielowi kwatery, potem się rozliczą. Właścicielka – Vera – śmiała się potem z tego i powiedziała mi, że on ma tak zawsze… Na samej wyspie, w jedynej osadzie – Vila do Corvo – mieszka ok. 400 os. Największą posiadłość ma lekarz. Prócz tego jest tutaj nauczyciel i kilku urzędników obsługujących pocztę i bank. Czasem, gdy ktoś z tubylców jest chory i nie może pracować, wtedy ściąga się ludzi z Flores. To był powód, który sprawił, że w pensjonacie, w którym miałem pokoik znalazła się też druga w tym czasie mieszkanka.

Widać, że mieszkańcy Azorów to ludzie twardzi. Zahartowani z dziada pradziada, nigdy nie mieli łatwo. Ale nie stracili nic na życzliwości. Czasem patrzą z politowaniem, jak to przybysz z kontynentu gdzieś się spieszy, albo czymś nadmiernie niepokoi. Samolot nie poleci dzisiaj, to trudno – polecisz jutro. Masz przecież gdzie spać?

Horta na wyspie Faial, po prawie legendarna Cafe Sport
Please follow and like us:

Next Post

Previous Post

Leave a Reply

© 2020 Wloczykij-Vagabond

Theme by Anders Norén